Dwunastoletni Marek Wiśniewski nie planował żadnej przygody. Po prostu, jak każdego popołudnia, wybiegł za płot i ruszył w stronę lasu za wsią Borówno w Kujawsko-Pomorskiem. Miał przy sobie tylko kijek i stary scyzoryk po dziadku. Tego dnia jednak coś go zatrzymało — błysk rdzy między gałęziami, ledwo widoczny z ścieżki. Gdyby nie zaszedł kilka metrów dalej, historia nigdy by się nie wydarzyła.
Auto stało tam od lat. Może od dekad. Zielona farbą dawno pożarta przez korozję, szyby pokryte grubą warstwą mchu i pajęczyn, opony płaskie jak naleśniki. Marek powiedział później, że wyglądało jak coś z horroru — albo z gry komputerowej, w którą grał z kolegami w piwnicy. Obszedł wrak dookoła, dotykając palcem rdzy na masce. Potem zajrzał przez tylną szybę.

Krzyk, który usłyszała pół wsi
— Myślałam, że coś mu się stało. Że wpadł do rowu albo że go ktoś zaatakował — wspomina Krystyna Nowak, sąsiadka z pobliskiego gospodarstwa. Siedziała wtedy na tarasie, obierała ziemniaki. Krzyk dobiegł zza lasu tak nagle i tak ostro, że upuściła miskę. Wybiegła za furtkę, zaczęła wołać. — Biegłam przez pole, serce mi waliło. Myślałam o najgorszym.
Marek stał przy aucie blady jak ściana. Ręce mu się trzęsły, ale nie płakał. Wpatrywał się w tylne siedzenie z miną człowieka, który właśnie zobaczył coś, czego się nie spodziewał. Krystyna dobiegła, złapała go za ramię, zajrzała przez szybę — i sama cofnęła się o krok.
Na tylnym siedzeniu, skulone i nieruchome, siedziały dwie sowy. Duże, puchate, z okrągłymi oczami wpatrzonymi w intruzów z godnością, jakby to one były tu gospodarzami — a nie chłopiec z kijkiem i przestraszona sąsiadka z ziemniakami na rękach. Ptaki nawet nie drgnęły. Po prostu patrzyły.

Sowy, które wybrały sobie salon
Jak się później okazało, auto stało w lesie od co najmniej dwudziestu lat. Miejscowi wiedzieli o nim od dawna — stary Henryk z końca wsi twierdził, że pamięta, kiedy ktoś je tam zostawił po wypadku, ale szczegóły zdążyły się zatrzeć w pamięci. Nikt nie chodził w tamten zakątek, bo teren był podmokły i zarośnięty. Sowy najwyraźniej uznały, że to idealne miejsce na gniazdo — cicho, spokojnie, z dachem nad głową.
Marek, gdy już uspokoił oddech, zaczął się śmiać. — Myślałem, że to człowiek — tłumaczył matce wieczorem przy kolacji. — Albo że coś złego. A to były zwykłe ptaki. Tylko że wielkie. I patrzyły na mnie tak, jakby to ja im przeszkadzałem. Matka odetchnęła z ulgą, a ojciec poklepał go po ramieniu i powiedział, że to będzie dobra historia na całe życie. Miał rację.
Sprawą zainteresował się lokalny przyrodnik, Tomasz Gierczak, który na co dzień prowadzi obserwacje ptaków dla nadleśnictwa. Przyjechał następnego dnia z lornetką i aparatem. Potwierdził, że to puszczyki zwyczajne — jeden z najpospolitszych gatunków sów w Polsce, ale rzadko spotykany w tak nieoczekiwanym lokum. — To nie jest zjawisko częste, ale się zdarza — wyjaśnił. — Puszczyki szukają ciemnych, zamkniętych przestrzeni. Stare auto z pękniętą szybą to dla nich całkiem przyzwoite schronienie. Ważne, żeby ich teraz nie płoszyć.
Auto nadal stoi w lesie. Nikt go nie ruszył — po pierwsze dlatego, że wywiezienie wraku z podmokłego terenu byłoby drogie i skomplikowane, a po drugie dlatego, że puszczyki wciąż tam mieszkają. Nadleśnictwo poprosiło mieszkańców, żeby omijali to miejsce do końca sezonu lęgowego. Marek dostał od przyrodnika małą książkę o ptakach Polski z dedykacją: „Dla odkrywcy najlepszego gniazda w województwie”. Powiesił ją nad łóżkiem.
Krystyna Nowak do dziś wspomina tamto popołudnie z rozbawieniem — choć przyznaje, że serce wciąż jej przyspiesza, gdy o tym myśli. — Niech pan sobie wyobrazi: lecę przez pole, myślę, że dziecku coś się stało, a tu sowy. Zwykłe sowy w samochodzie. Kto by pomyślał. Ale wie pan co? Cieszę się, że tak się skończyło. Bo gdyby to było coś gorszego, nie chciałabym nawet myśleć o wężach — tu urwała i machnęła ręką — znaczy, o wężu w tym aucie. O, to dopiero byłby krzyk.