Mąż zostawił mnie noc przed pierwszą chemioterapią — po 38 latach małżeństwa, dwójce dzieci i domu, który prawie spłaciliśmy do końca.
Prawie rok później jego przyjaciel ze szkolnych lat, Grzegorz, stanął w drzwiach z wytartym kartonowym pudełkiem i powiedział cicho: „Henryk chciał, żebyś to zobaczyła po wyzdrowieniu. Jest coś, co powinnaś wiedzieć.”

Spuścił wzrok.
I wtedy dotarło do mnie, że za odejściem Henryka kryło się coś, o czym nikt mi nigdy nie powiedział.
Mam sześćdziesiąt jeden lat.
Przez 38 lat byłam żoną, matką i przez ostatnie dwadzieścia dwa lata — księgową w małej firmie rachunkowej przy rynku.
Henryk był technikiem budowlanym.
Przez całe życie nie rozmawialiśmy głośno o pieniądzach, bo nie musieliśmy — zawsze jakoś się zgadzało.
Mieliśmy dom, dwoje dorosłych dzieci i wnuczkę Zosię, która w tamtym czasie stawiała pierwsze kroki.
Na wiosnę tego roku, gdy zdiagnozowali u mnie raka, sama odłożyłam z pensji na wynajęty domek nad morzem.
Pięć dni tylko dla nas dwojga — pierwszy taki wyjazd od lat.
Zarezerwowałam nocleg z trzymiesięcznym wyprzedzeniem.
Dwa tygodnie później usłyszałam diagnozę.
Henryk siedział obok mnie w gabinecie lekarskim i trzymał mnie za rękę.
Szeptał, że damy radę razem.
Wróciłam do domu z całą teczką skierowań i terminów.
Wieczór przed pierwszą chemioterapią weszłam do sypialni i zobaczyłam go przy łóżku z walizką.
Spakowaną.
Zapytałam, co robi.
Powiedział: „Nie jestem mężem, którego teraz potrzebujesz.”
I wyszedł.
Nie zadzwonił w nocy.
Nie napisał rano.
Tydzień później listonosz przyniósł kopertę od prawnika — papiery rozwodowe.
Żadnego telefonu.
Żadnego wyjaśnienia.
Żadnego słowa przez kolejne miesiące.
Na pierwszą chemię zawiozła mnie córka Marta.
Siedziała obok mnie przez całe cztery godziny z kubkiem herbaty w dłoniach i ani razu nie wyszła.
Syn Paweł przyjeżdżał dwa razy w tygodniu z zakupami.
Gotował zupy, które zostawiał w lodówce w pojemnikach z karteczkami — co jest co i jak podgrzać.
Pewnego wieczoru zastał mnie przy nakrywaniu do stołu na dwie osoby.
Z przyzwyczajenia.
Nic nie powiedział.
Wziął jeden talerz i cicho schował go z powrotem do szafki.
Włosy zaczęły wypadać w trzecim tygodniu.
Marta przychodziła myć mi głowę i zawijać ją w bawełnianą chustę.
Kupiła mi trzy — granatową, bordową i szarą.
Przez cały ten czas Henryk nie odezwał się ani razu.
Ale Grzegorz przychodził.
Naprawił zepsute deski na werandzie jeszcze w październiku.
Przynosił czasem chleb albo mleko, gdy wiedział, że Paweł nie przyjedzie.
Siadał przy kawie, gdy nie chciałam być sama, i nie pytał o Henryka.
Raz tylko, gdy powiedziałam, że mąż pewnie po prostu nie mógł znieść chorej żony, Grzegorz przestał mieszać łyżeczką i zapytał bardzo spokojnie: „To on ci tak powiedział?”
I zaraz zmienił temat.
Nie rozumiałam wtedy, co miał na myśli.
W lutym lekarka powiedziała, że nie ma już aktywnych zmian.
Marta przyniosła tort.
Zosia klaskała i piszczała z radości, nie rozumiejąc do końca, z czego wszyscy się cieszą.
Paweł stał przy oknie i wycierał oczy.
Następnego ranka, przed dziewiątą, rozległ się dzwonek do drzwi.
Na progu stał Grzegorz z tym kartonowym pudełkiem.
Powiedział, że Henryk dał mu je sześć tygodni wcześniej.
Prosił, żeby wręczyć dopiero po zakończeniu leczenia i dobrych wynikach.
Zapytałam, dlaczego Henryk sam nie przyszedł.
Grzegorz tylko wzruszył ramionami i powiedział: „Nie chciał.”
Postawiłam pudełko na stole w kuchni.
Siedziałam przy nim chyba kwadrans, zanim w ogóle je otworzyłam.
W środku leżały trzy zaklejone koperty, plik dokumentów bankowych i złożony na czworo odręczny list.
Zaczęłam od listu.
Henryk pisał, że od ponad dwóch lat planował odejście.
Zanim jeszcze padła diagnoza.
Odkładał pieniądze na osobne konto — przez osiemnaście miesięcy, regularnie, małymi kwotami, żebym nie zauważyła.
Gdy zachorowałam, nie potrafił mi powiedzieć, że decyzja już była podjęta.
Więc wyszedł tak, żebym myślała, że to choroba go odstraszała.
Wiedział, że będę się obwiniać.
I na to pozwolił.
W liście pisał, że posyła pudełko, bo chce, żebym wiedziała prawdę — teraz, gdy jestem zdrowa i dam sobie radę.
Że mu przykro.
Że był tchórzem.
Dokumenty bankowe pokazywały, ile i kiedy odkładał.
Jedna z kopert zawierała potwierdzenie przelewów na rachunek, o którym nie miałam pojęcia.
Siedziałam przy tym stole bardzo długo.
Potem zadzwoniłam do Marty.
Nie płakałam.
Po prostu powiedziałam jej, co jest w pudełku.
Marta przyjechała za pół godziny.
Przeczytała list i powiedziała tylko: „Mamo, idziemy do prawnika.”
Notariusz i mecenas Kowalczyk, który prowadził już wcześniej nasze sprawy, pomogli mi odzyskać ukryte środki w postępowaniu o podział majątku.
Sąd przyznał mi też zwrot części kosztów.
Paweł pojechał do ojca sam.
Powiedział mi potem, że Henryk przyznał wszystko.
Że wiedział, iż uznam chorobę za powód jego odejścia.
Że bał się powiedzieć prawdę, gdy byłam zdrowa, bo nie umiał.
Paweł wrócił do domu i nie odzywał się przez cały wieczór.
Kilka miesięcy później Marta zaprosiła nas oboje na kolację.
Nie wiedziałam, że Henryk też przyjdzie.
Po jedzeniu wyszliśmy razem na taras.
Powiedziałam mu, że nie zabrała mi mnie choroba.
Zabrała mnie prawda, którą mógł powiedzieć lata wcześniej.
Że może kiedyś przestanę się denerwować, słysząc jego imię przy rodzinnym stole.
Ale tego, co zbudowaliśmy razem — i co zburzył — nie da się naprawić żadnym listem.
Henryk słuchał i nic nie powiedział.
Wróciliśmy do środka osobno.
W czerwcu pojechałam nad morze.
Sama.
Ten sam domek, który zarezerwowałam rok wcześniej — właścicielka przeniosła rezerwację bez dopłaty, gdy napisałam jej, co się stało.
Jadłam ryby w małej restauracji z widokiem na wodę.
Kupiłam Zosi pluszowego delfina w paski.
Ostatniego ranka wstałam przed świtem i weszłam boso w fale.
Woda była lodowata.
Roześmiałam się głośno — sama, na pustej plaży, o szóstej rano.
Potem zadzwoniłam do Marty i powiedziałam, że jestem szczęśliwa.
I że to prawda.
Część pierwsza tej historii skończyła się na progu z pudełkiem w rękach Grzegorza.
Ale to, co było w środku, zmieniło wszystko, co myślałam o ostatnich 38 latach.
Siedziałam przy kuchennym stole z tym pudełkiem przed sobą przez dobre kilkanaście minut.
Ręce mi się trzęsły — nie ze strachu, bardziej z jakiegoś dziwnego skupienia.
Grzegorz stał przy drzwiach i pytał, czy ma zostać.
Powiedziałam, że nie.
Że muszę to przeczytać sama.
Wziął kurtkę i wyszedł bez słowa.
Słyszałam, jak zamknął drzwi bardzo ostrożnie, jakby bał się, że głośniejszy dźwięk coś we mnie stłucze.
Przez chwilę siedziałam w ciszy i patrzyłam na pudełko.
Było zwykłe, tekturowe, z resztkami taśmy klejącej na jednym boku — takie, w jakich przechowuje się stare rachunki albo zdjęcia z wakacji.
Uniosłam wieko.
List był na wierzchu, złożony na czworo, zapisany długopisem na trzech kartkach z bloku — tym samym pismem, które znałam z kartek urodzinowych przez cztery dekady.
Henryk zawsze pisał trochę za mocno, jakby chciał, żeby litery zostały w papierze na zawsze.
Rozłożyłam kartki.
Henryk pisał, że zaczął myśleć o odejściu dwa lata przed diagnozą.
Nie dlatego, że kogoś poznał.
Nie dlatego, że byłam zła albo trudna.
Pisał, że czuł się od lat jak ktoś, kto gra rolę, której nie wybrał — i że nie umiał mi o tym powiedzieć.
Że próbował kilka razy i za każdym razem zatrzymywał się, bo widział Martę albo Pawła i myślał, że to minie.
Że nie minęło.
Przez osiemnaście miesięcy przed diagnozą odkładał co miesiąc od trzystu do pięciuset złotych na konto, o którym nie wiedziałam.
Miał już odłożone ponad siedem tysięcy, gdy usłyszeliśmy wyniki badań.
I wtedy — jak pisał — zabrakło mu odwagi, żeby powiedzieć prawdę.
Nie wiedział, jak odejść od chorej żony przed pierwszą chemią.
Więc odszedł tak, żebym miała gotowe wyjaśnienie.
Żebym myślała, że bał się choroby.
Że nie dał rady.
Że to nie jego wina, tylko jego słabość wobec cierpienia.
Czytałam ten fragment trzy razy.
Potem odłożyłam kartki na stół i patrzyłam przez okno na ogród.
Była wczesna wiosna, jeszcze bez liści na drzewach.
Pomyślałam o tych wszystkich miesiącach, gdy leżałam po chemii i myślałam, że to moja choroba go odstraszała.
Że może gdybym była zdrowsza, silniejsza, mniej wymagająca — zostałby.
Że to przeze mnie.
A on wiedział, że tak myślę.
I pozwolił mi z tym żyć przez prawie rok.
Przypomniałam sobie noc po drugiej chemii, gdy wymiotowałam do czwartej rano i myślałam, że może Henryk miał rację, że nie byłam już tą kobietą, którą poślubił.
Że może naprawdę byłam za ciężka.
Leżałam wtedy na podłodze łazienki i płakałam — nie z bólu, tylko z tego przekonania.
A on siedział gdzieś z siedmioma tysiącami odłożonymi na koncie, które przede mną ukrył.
Wróciłam do listu.
W dalszej części pisał, że przesyła pudełko, bo chce, żebym znała prawdę — teraz, gdy jestem zdrowa i dam sobie radę.
Że żałuje.
Że gdyby mógł cofnąć czas, powiedziałby mi wszystko wcześniej i uczciwie.
Że wie, że to za mało.
Ostatnie zdanie brzmiało: „Zasługiwałaś na prawdę. Przepraszam, że dałem ci coś gorszego.”
Złożyłam kartki z powrotem.
Siedziałam przy tym stole jeszcze bardzo długo i patrzyłam na te trzy kartki z bloku.
Myślałam o tym, że przez 38 lat kupowałam mu skarpety na urodziny, bo zawsze zapominał, że potrzebuje nowych.
Myślałam o tym, że znałam jego zamówienie w każdej restauracji, w której byliśmy choć dwa razy.
Myślałam o tym, że kiedy budowaliśmy dom, to ja pilnowałam faktur i terminów, bo on gubił papiery.
I myślałam o tym, że przez wszystkie te lata nie wiedziałam, że gra rolę, której nie wybrał.
Sięgnęłam po dokumenty bankowe.
Były tam wyciągi z rachunku założonego w innym banku niż nasz wspólny.
Regularne wpłaty od marca roku poprzedniego.
Kwoty małe, ale systematyczne — trzysta złotych, czterysta, raz pięćset.
I saldo końcowe — siedem tysięcy osiemset złotych — przelane na inne konto dwa tygodnie po tym, jak wyszedł z walizką.
W jednej z kopert były też kopie umów — drobne rzeczy, o których nie wiedziałam: ubezpieczenie na życie ze wskazaniem innego beneficjenta, zmienione pół roku przed diagnozą.
Trzymałam tę kartkę w rękach i myślałam, że zmieniał to wszystko w tym samym czasie, gdy razem siedzieliśmy przy kolacji i rozmawialiśmy o tym, że może warto wymienić okna w salonie.
Zadzwoniłam do Marty.
Głos mi nie drżał.
Powiedziałam: „Przyjedź. Jest coś, co musisz zobaczyć.”
Marta była u mnie w dwadzieścia minut — musiała jechać przez całe miasto, więc pewnie nie zatrzymywała się na żadnym żółtym świetle.
Weszła, zobaczyła mnie przy stole z rozłożonymi dokumentami i usiadła naprzeciwko bez słowa.
Podałam jej list.
Czytała powoli.
W połowie zmrużyła oczy.
Na końcu odłożyła kartki i przez chwilę siedziała bez ruchu, z dłońmi płasko na stole.
Potem powiedziała: „Mamo, jutro rano dzwonimy do mecenasa Kowalczyka.”
Nie płakała.
Ja też nie.
Byłyśmy obie bardzo spokojne.
Mecenas Kowalczyk przyjął nas następnego dnia przed południem.
Przejrzał wszystko spokojnie, bez zbędnych komentarzy — tylko raz uniósł brew, gdy zobaczył daty na wyciągach bankowych.
Wyjaśnił, że ukrywanie majątku w trakcie małżeństwa to podstawa do wznowienia postępowania o podział.
Że mam mocne dokumenty.
Że sprawa jest do wygrania.
Zapytałam go, czy to często się zdarza.
Powiedział, że rzadziej niż ludzie myślą, bo zwykle nie ma tak starannie zachowanych śladów.
Spojrzałam na Martę.
Marta spojrzała na mnie.
Żadna z nas nic nie powiedziała, bo nie trzeba było.
Postępowanie trwało cztery miesiące.
Sąd przyznał mi zwrot ukrytych środków i część kosztów postępowania.
Nie była to astronomiczna kwota, ale to nie był dla mnie główny punkt.
Głównym punktem było to, że sąd stwierdził na papierze: te pieniądze były ukrywane.
Że to się wydarzyło.
Że nie wymyśliłam sobie, że coś było nie tak.
Paweł pojechał do ojca sam, bez uprzedzenia, w zwykły wtorek po południu.
Nie powiedział mi wcześniej, że jedzie — dowiedziałam się dopiero wieczorem, gdy zadzwonił.
Powiedział mi tylko tyle, że Henryk przyznał wszystko i że powiedział: „Wiedziałem, że mama uzna chorobę za powód. Pozwoliłem jej tak myśleć, bo byłem tchórzem.”
Zapytałam Pawła, co odpowiedział ojcu.
Paweł milczał przez chwilę, a potem powiedział: „Powiedziałem mu, że przez rok patrzyłem, jak mama myje talerze jedną ręką, bo po chemii bolała ją druga, i że to on powinien tam być.”
Paweł wrócił do mnie wieczorem, usiadł przy stole i przez długi czas nic nie mówił.
Nalałam mu herbaty.
Usiadłam naprzeciwko.
W końcu zapytał, czy mu wybaczyłam.
Powiedziałam, że nie wiem jeszcze.
Że muszę mieć na to czas.

Że wybaczenie to nie jest coś, co można sobie postanowić przy stole — to coś, co przychodzi albo nie przychodzi, i że nie zamierzam udawać, że już je mam.
Paweł kiwnął głową i powiedział: „Dobrze, mamo.”
I to mi wystarczyło.
W listopadzie Marta zorganizowała kolację rodzinną.
Zrobiła bigos i pierogi, bo wiedziała, że na bigos zawsze wszystkim poprawia się humor.
Zaprosiła też Henryka — powiedziała mi o tym dopiero, gdy byłam już w drodze taksówką.
Zadzwoniła i powiedziała bardzo szybko: „Mamo, tata też przyjdzie, bo chcę, żebyście mogli rozmawiać przy dzieciach, a nie tylko przez prawników.”
Byłam na nią zła przez pierwsze pół godziny jazdy.
Potem pomyślałam, że może dobrze, że tak zrobiła.
Że może gdyby zapytała wcześniej, powiedziałabym nie.
Przy stole Zosia siedziała między mną a Henrykiem i częstowała nas na zmianę kawałkami swojego pieroga, co sprawiło, że przez chwilę wszyscy się roześmialiśmy.
Rozmawialiśmy o Zosi, o pracy Pawła, o nowym piecu, który Marta z mężem chcą wstawić przed zimą.
Henryk był cichy.
Odpowiadał, gdy ktoś się do niego zwracał, ale sam nie zaczynał żadnego tematu.
Wyglądał na kogoś, kto bardzo stara się zajmować jak najmniej miejsca.
Po jedzeniu Marta zaproponowała kawę na tarasie i powiedziała do nas obojga tonem, który znałam od kiedy miała czternaście lat i chciała czegoś, na co wiedziała, że powiem nie: „Możecie chwilę porozmawiać?”
Wyszliśmy razem na taras.
Był chłodny wieczór, niebo już ciemne, w ogrodzie Marty paliły się małe lampki wzdłuż ścieżki.
Staliśmy przy balustradzie i przez chwilę żadne z nas nic nie mówiło.
Słyszałam przez okno, jak Zosia coś tłumaczy Pawłowi bardzo poważnym głosem.
Potem powiedziałam Henrykowi to, co chciałam powiedzieć od miesięcy.
Że choroba mnie nie złamała.
Że chemia, wypadające włosy, noce po zabiegach — przez to wszystko przeszłam.
Ale przez rok dźwigałam przekonanie, że to przez mnie odszedł.
Że byłam za ciężka, za chora, za dużo.
I że to on mi to zrobił — świadomie, z wyboru.
Że mógł mi powiedzieć prawdę dwa lata wcześniej, gdy byłam zdrowa i gdy mogłabym się z tym zmierzyć uczciwie.
Zamiast tego dał mi rok obwiniania siebie o własną chorobę.
Henryk słuchał z rękami opartymi o balustradę i patrzył przed siebie.
Gdy skończyłam, powiedział tylko: „Wiem. Przepraszam.”
Odparłam, że przepraszam to mało.
Że może kiedyś przestanę się spinać, słysząc jego imię przy rodzinnym stole.
Ale że tego, co zbudowaliśmy razem przez 38 lat i co on sam zburzył — nie da się naprawić żadnym listem ani żadnym przepraszam.
Henryk odwrócił się wtedy i spojrzał na mnie pierwszy raz tego wieczoru.
Powiedział: „Wiem, że nie.”
I nic więcej.
Wróciliśmy do środka osobno.
Marta patrzyła na mnie pytająco znad kubka.
Pokręciłam głową — nie teraz.
Zosia podeszła do mnie i wzięła mnie za rękę, bo chciała mi pokazać rysunek, który narysowała przed kolacją.
Były na nim cztery postacie i coś, co miało być psem, choć wyglądało bardziej jak dynia na nogach.
Powiedziała, że to my wszyscy i że pies nazywa się Ptyś, bo tak chce go nazwać, gdy go dostanie.
Roześmiałam się i powiedziałam, że Ptyś to świetne imię dla psa.
Wróciłam do domu taksówką i zasnęłam wcześnie — bez tabletki, bez leżenia w ciemności z otwartymi oczami.
Po prostu zasnęłam.
W czerwcu pojechałam nad morze.
Sama.
Ten sam domek, który zarezerwowałam rok wcześniej — pisałam do właścicielki z przeprosinami i wyjaśnieniem, że byłam chora i mąż odszedł.
Odpisała w ciągu godziny: „Przenoszę rezerwację bez żadnych kosztów. Proszę przyjechać i odpocząć.”
Jechałam pociągiem, z jedną walizką i torbą z książkami, których nie zdążyłam przeczytać przez ostatni rok.
Za oknem mijały pola i lasy, a ja siedziałam przy oknie z kawą z automatu i myślałam, że to pierwszy raz od bardzo dawna, gdy jadę gdzieś i nie muszę myśleć o tym, czego chce ktoś inny.
Domek był mały, biały, z niebieskimi okiennicami i tarasem wychodzącym na wydmy.
Właścicielka czekała z kluczem i powiedziała tylko: „Mam nadzieję, że morze pani dobrze zrobi.”
Powiedziałam, że też mam taką nadzieję.
Jadłam śniadania sama przy oknie z widokiem na plażę — jajka, chleb z masłem, kawę bez pośpiechu.
Czytałam do południa, potem szłam na spacer wzdłuż brzegu.
Wieczorami chodziłam do małej restauracji na ryby i zamawiałam wino do kolacji — coś, czego nigdy nie robiłam, bo Henryk nie przepadał za restauracjami i zawsze mówił, że w domu smakuje lepiej.
Pierwszego wieczoru siedziałam przy stoliku przy oknie i patrzyłam na wodę, i myślałam, że to dziwne, jak wiele rzeczy robiłam albo czego nie robiłam, bo ktoś inny miał na coś ochotę albo nie miał.
Drugiego dnia znalazłam sklep z pamiątkami i kupiłam Zosi pluszowego delfina w niebiesko-białe paski, który był prawie tak duży jak ona.
Sprzedawczyni zapakowała go w folię i powiedziała, że to bardzo popularny model wśród wnuczek.
Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że moja wnuczka będzie zachwycona.
Czwartego wieczoru zadzwonił Paweł i powiedział, że wszystko dobrze, że Zosia pyta, kiedy wracam, i że ma dla mnie niespodziankę.
Zapytałam jaką.
Powiedział, że nie powie, bo to niespodzianka.
Ostatniego ranka wstałam przed szóstą.
Niebo było jeszcze szare, plaża prawie pusta — tylko jeden starszy mężczyzna szedł daleko przy linii wody z psem.
Zeszłam na plażę boso, trzymając sandały w ręku.
Poczułam pod stopami zimny, mokry piasek.
Podeszłam do wody.
Weszłam po kostki.
Woda była lodowata — czerwiec nad Bałtykiem to nie południe Europy.
Stałam tak przez chwilę i patrzyłam na horyzont, gdzie niebo zaczynało robić się różowe.
I nagle roześmiałam się głośno — sama, na prawie pustej plaży, z mokrymi stopami i z głową bez chusty, bo włosy już wróciły, krótkie, trochę inne niż wcześniej, ale moje.
Ten starszy mężczyzna z psem spojrzał na mnie z odległości i chyba też się uśmiechnął, bo pies zaczął szczekać wesoło.
Usiadłam potem na ławce przy zejściu na plażę i zadzwoniłam do Marty.
Odebrała po pierwszym sygnale, co znaczyło, że już nie spała.
Powiedziałam jej, że stoję nad morzem i że jestem szczęśliwa.
Zapytała: „Naprawdę?”
Odpowiedziałam: „Naprawdę.”
Była chwila ciszy, a potem Marta powiedziała: „To dobrze, mamo. To bardzo dobrze.”
I to była prawda.
Wróciłam pociągiem w niedzielę wieczorem.
Paweł czekał na mnie na peronie z Zosią na ramionach.
Zosia miała w ręku kartkę, na której napisała — wielkimi, krzywymi literami, z pomocą taty — „WITAJ MAMO”.
Powiedziałam jej, że to najpiękniejszy napis, jaki w życiu widziałam.
Zosia powiedziała poważnie, że sama robiła literę „W” i że to najtrudniejsza litera.
Zgodziłam się, że tak.
Niespodzianka Pawła okazała się tym, że przez tydzień mojej nieobecności pomalował werandę — tę samą, na której Grzegorz naprawiał deski jesienią.
Biała farba, nowe deski tam, gdzie stare były już za bardzo spróchniałe.
Stanęłam przy wejściu i patrzyłam na tę werandę przez chwilę.
Paweł stał obok i czekał.
Powiedziałam: „Ładnie wyszło.”
Powiedział: „Myślałem, że czas.”
Kiwnęłam głową.
Że czas — tak, dokładnie tak.
Nie wiem, co będzie dalej z Henrykiem.
Nie wiem, czy kiedykolwiek w pełni mu wybaczę — i nie zmuszam się do odpowiedzi na to pytanie.
Wiem, że Zosia rośnie i że na Gwiazdkę chce sanki, i że delfin w paski dostał już imię Morski i śpi z nią w łóżku.
Wiem, że Paweł w przyszłym roku bierze ślub i że Marta już planuje wesele dla brata z taką energią, jakby to ona wychodziła za mąż.
Wiem, że Grzegorz wpadł w październiku z kawą i że siedzieliśmy przy stole przez dwie godziny i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, i że ani razu nie padło imię Henryka.
Dałam radę.