Marek Dziedzic wybrał się nad staw za Olszewicami w zwykły czwartkowy poranek — tak jak robił to od trzydziestu lat. Wędka, termos z kawą, gumowce. Nic niezwykłego. Ale gdy tylko doszedł do pomostu i spojrzał na wodę, zatrzymał się w pół kroku. Na środku stawu unosiło się coś, czego nie potrafił nazwać. Ciemna, nieregularna masa — ani ryba, ani gałąź, ani żaden śmieć, jaki znał z tej okolicy.
Przez chwilę stał bez ruchu. Potem cofnął się o kilka kroków, jakby instynkt kazał mu zachować dystans. „Przez głowę przeszło mi wszystko naraz — i nic konkretnego” — wspomina dziś ze śmiechem, choć tamtego ranka wcale nie było mu do śmiechu. Wsiadł do starej aluminiowej łódki i powoli podpłynął bliżej. Im bliżej był, tym mniej rozumiał.

Cała wieś zebrała się nad brzegiem
Marek nie był człowiekiem, który wpada w panikę. Ale tego dnia zadzwonił do sąsiada Zenka, Zenek zadzwonił do szwagra, a szwagier — do sołtysa. Zanim minęła godzina, na brzegu stało kilkanaście osób. Emeryci, kobiety z dziećmi, kilku rolników, którzy zostawili ciągniki na polu. Wszyscy patrzyli. Nikt nic nie mówił.
„Wyglądało jak wielki, czarny worek — ale nie worek. Miało jakiś kształt. Trochę okrągłe, trochę podłużne, z czymś w środku, co się nie ruszało” — opisuje Zenon Krajewski, który jako jeden z pierwszych podszedł do łódki Marka. Ktoś zaproponował, żeby wezwać policję. Ktoś inny powiedział, że to pewnie rybacy z sąsiedniej wsi coś wyrzucili. Starsza pani z końca drogi stwierdziła krótko, że to „niedobra rzecz” i wróciła do domu.
Marek wyciągnął z łódki wiosło i ostrożnie dotknął przedmiotu. Był twardy. Ciężki. Nie unosił się swobodnie — coś go trzymało przy powierzchni, jakby był częściowo zakotwiczony. Kiedy wiosło ześlizgnęło się po boku, wszyscy na brzegu wstrzymali oddech.

Odpowiedź, której nikt się nie spodziewał
Zanim przyjechał ktokolwiek z zewnątrz, do stawu dotarł Bogdan Wrona — miejscowy mechanik, który w młodości pracował przez kilka sezonów przy melioracji i przy robotach ziemnych na terenie dawnych PGR-ów. Spojrzał. Zmrużył oczy. I powiedział spokojnie: „Znam to”.
To, co przez kilka godzin budziło grozę, okazało się fragmentem starego pływającego separatora błota — urządzenia używanego przy pracach melioracyjnych jeszcze w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Kawał grubego tworzywa, zbrojony metalem, pokryty wieloletnią warstwą mułu i glonów, które nadały mu ten niepokojący, organiczny wygląd. Staw w Olszewicach był kiedyś częścią większego systemu odwodnienia pól — i gdzieś głęboko na dnie leżały resztki tamtej infrastruktury. Wiosenna woda podniosła poziom stawu i wyniosła fragment na powierzchnię.
„Gdyby nie Bogdan, pewnie jeszcze byśmy tam stali” — śmieje się dziś Marek. Mechanik wzruszył ramionami i powiedział tylko, że widział takie rzeczy ze dwadzieścia razy — tyle że zazwyczaj w rowach, a nie w stawach.
Sołtys zorganizował wyciągnięcie przedmiotu z wody jeszcze tego samego popołudnia. Przyjechał ciągnik z liną, kilku chłopaków weszło w wodę po kolana. Fragment separatora wylądował na brzegu z głuchym, mokrym łoskotem — i nagle, w pełnym świetle, był już tylko tym, czym był: starym, brzydkim kawałkiem technicznego złomu.
Ale przez kilka godzin Olszewice żyły tajemnicą. Sąsiadki dzwoniły do siebie przez płoty, dzieci uciekały ze szkoły wcześniej, żeby zdążyć zobaczyć. Ktoś wrzucił zdjęcie do lokalnej grupy na Facebooku — i zaczęły się komentarze. Jedni pisali, że to ciało. Inni — że jakiś pojazd. Ktoś zaproponował teorię o meteorytach. Przez chwilę Olszewice były najsłynniejszą wsią w powiecie.
Marek Dziedzic do dziś chodzi nad staw w każdy czwartek. Mówi, że od tamtego dnia zawsze najpierw patrzy na wodę, zanim rozłoży wędkę. „Człowiek myśli, że zna swoje okolice na wylot. A potem staw wyrzuca na wierzch coś, czego nie rozumiesz, i nagle okazuje się, że nie wiesz o tym miejscu wszystkiego” — mówi, nalewając kawę z termosu. — „I dobrze. Niech zostanie trochę tajemnicy”.