Wiktor z Radomska zajął pierwsze miejsce — wszyscy to widzieli na własne oczy. 😳 Ale gdy jury odczytało wyniki, jego nazwisko nawet nie padło, a organizatorzy zachowywali się, jakby nic się nie stało. Nikt nie przypuszczał, że kilka dni później wyjdzie na jaw coś, co wywróci całą tę historię do góry nogami.
Sobota, połowa września. Hala przy Miejskim Domu Kultury w Radomsku pełna była po brzegi — kilkaset osób, składane krzesła, zapach świeżej kawy z termosów i ta specyficzna atmosfera prowincjonalnego święta, kiedy wszyscy znają wszystkich i każdy wynik natychmiast staje się tematem rozmów przy płocie.

Trwał Regionalny Przegląd Twórców Amatorskich — konkurs dla lokalnych rzemieślników, rzeźbiarzy, malarzy i fotografów. Coś w rodzaju małego odpowiednika telewizyjnych talent show, tyle że bez kamer i bez wielkich pieniędzy. Nagroda główna: trzy tysiące złotych i dyplom, który organizatorzy obiecywali wyeksponować na wystawie w urzędzie miasta przez cały rok.
Wiktor Mazurek, sześćdziesiąt jeden lat, emerytowany ślusarz, od dwunastu lat rzeźbi w drewnie w garażu przy ulicy Lipowej. Żadnych kursów, żadnych akademii — wszystkiego nauczył się sam, z książek i od starego stryja, który już nie żyje. Na konkurs przywiózł figurę orła z dębowego pieńka, prawie metr wysokości, każde pióro wyrzeźbione osobno.
Miał na sobie wyświechtaną kurtkę roboczą, którą najwyraźniej zapomniał zmienić na wyjściową. Dłonie — szerokie, z głęboko wciśniętymi trocinami pod paznokciami — trzymały numer startowy złożony w czworo. Patrzył na swoją rzeźbę tak, jak patrzy się na kogoś bliskiego: z niepokojem i nadzieją jednocześnie.
Publiczność oglądała prace przez niemal dwie godziny. Przy orle Wiktora zatrzymywali się wszyscy — i ci z folderami, i ci bez. Starsze panie w chustkach, młodsze z telefonami, mężczyźni w średnim wieku, którzy zwykle udają, że sztuka ich nie interesuje. Jeden z nich powiedział głośno: „Kurde, jakby za chwilę miał odlecieć”. Ktoś inny zapytał, czy to na sprzedaż.
Kiedy jury — troje ludzi za stołem z zielonym suknem — zaczęło ogłaszać wyniki, sala ucichła. Trzecie miejsce, drugie miejsce, pierwsze miejsce. Wiktor wyprostował się na krześle. Ale zamiast jego nazwiska padło inne — Ryszard Kowalczyk, malarz z pobliskiego Kamieńska, autor akwareli przedstawiającej stary młyn.
Wiktor nie wstał. Nie protestował. Złożył swój numerek jeszcze ciaśniej i schował go do kieszeni. Kilka osób obok niego wymieniło spojrzenia. Jedna z kobiet — sąsiadka, Halina — pochyliła się do niego i szepnęła: „Przecież twój orzeł był najlepszy, każdy to widział”. Wzruszył ramionami. „Widocznie jury miało inne zdanie” — odpowiedział spokojnie.
Ale nie wszyscy byli tacy spokojni. Przy wyjściu zebrała się grupka — może dwanaście, może piętnaście osób — które zaczęły mówić głośno. Ktoś wspomniał, że Kowalczyk jest znajomym jednego z jurorów. Ktoś inny, że widział ich razem w restauracji tydzień przed konkursem. Słowa „układy” i „po znajomości” padały coraz częściej. 😲
Wiktor wsiadł do swojego starego fiata i odjechał. Orła zabrał na tylne siedzenie, owinięty w koc. Przez kolejne dni nie odzywał się do nikogo — ani do sąsiadów, ani do córki, która dzwoniła kilka razy. Ona sama powiedziała potem, że nigdy nie słyszała w jego głosie takiego zmęczenia.
Ale w środę — cztery dni po konkursie — w lokalnej grupie na Facebooku pojawił się post. Napisała go kobieta, która przedstawiła się jako członkini komisji technicznej przeglądu. Twierdziła, że ma w rękach dokumenty, z których wynika coś, o czym organizatorzy nie chcieli mówić publicznie — i że Wiktor Mazurek nie tylko powinien był wygrać, ale jego praca została celowo
Komisja techniczna przemówiła — i zaczęło się trzęsienie ziemi
Kobieta nazywała się Dorota Stawska, od siedmiu lat pracowała jako wolontariuszka przy organizacji przeglądu, zajmowała się rejestracją prac i protokołami. W poście napisała, że w dniu konkursu doszło do czegoś, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło: karta oceny pracy Wiktora Mazurka zaginęła między pierwszym a drugim głosowaniem jury. Nie pomylono się, nie zgubiono przypadkowo — karta po prostu nie trafiła do przewodniczącego składu.
Według Stawskiej, kiedy zwróciła na to uwagę jednemu z organizatorów, usłyszała, że „nie ma to znaczenia, bo wynik i tak jest już ustalony”. Nie chciała w to wierzyć. Zrobiła zdjęcia protokołów. I przez cztery dni milczała, bo bała się, że nikt jej nie uwierzy. Ale kiedy zobaczyła, jak Wiktor odjeżdża z orzem owiniętym w koc — coś w niej pękło.
Post w ciągu doby zebrał ponad dwa tysiące komentarzy. Ludzie pisali z Radomska, z Piotrkowa, z Łodzi. Ktoś wrzucił zdjęcie orła — zrobione jeszcze w hali, telefonem — i plik zdjęć obiegł grupę kilkanaście razy. „Wstyd”, „skandal”, „znowu swoi dla swoich” — takie słowa pojawiały się najczęściej.
Organizatorzy przez dwa dni milczeli. Potem wydali oświadczenie, w którym napisali, że „kwestia proceduralna zostanie wyjaśniona wewnętrznie” i że „wyniki konkursu pozostają w mocy”. To zdanie rozjuszyło ludzi bardziej niż cokolwiek innego.

To, co Wiktor zrobił w piątek, nikt się nie spodziewał
W piątek rano Wiktor Mazurek przyjechał do siedziby organizacji konkursowej — stowarzyszenia kulturalnego przy MDK — z orzem pod pachą i pismem w dłoni. Nie krzyczał. Nie groził. Złożył formalne odwołanie, powołując się na regulamin przeglądu, który przewidywał możliwość unieważnienia wyników w przypadku naruszenia procedury oceniania. Odwołanie było napisane starannie, punktualnie, z przywołaniem konkretnych paragrafów.
Córka Wiktora, trzydziestoośmioletnia Agnieszka, prawniczka z Łodzi, pomogła mu je przygotować. „Tata zadzwonił do mnie we wtorek wieczorem” — opowiadała potem znajomym. „Myślałam, że chce porozmawiać o zdrowiu albo o ogrodzie. A on powiedział: Agnieszka, naucz mnie, jak to napisać porządnie. Żeby nie było żadnych dziur”.
Stowarzyszenie miało czternaście dni na odpowiedź. Odpowiedziało po dziewięciu. Nadzwyczajne zebranie zarządu, głosowanie, wynik: sześciu do jednego za unieważnieniem wyników w kategorii rzeźba i przeprowadzeniem ponownej oceny przez niezależne jury złożone z osób spoza Radomska.
Trzy tygodnie później, w sobotnie południe, Wiktor Mazurek odebrał dyplom i czek na trzy tysiące złotych. Orła ustawił z powrotem na stole w hali MDK — tym razem w centrum ekspozycji. Był w tej samej wyświechtanej kurtce roboczej. Kiedy ktoś zapytał, czy nie powinien się przebrać na taką okazję, zaśmiał się i powiedział: „W tej kurtce go rzeźbiłem. W niej go odbieram”.
Halina, sąsiadka, która szeptała mu coś do ucha tamtej pierwszej soboty, stała z boku i płakała. Powiedziała potem, że nie wie dlaczego. „Może dlatego — tłumaczyła — że w życiu rzadko widzi się, żeby komuś sprawiedliwość naprawdę się należała i naprawdę dostał”.
Ryszard Kowalczyk, malarz z Kamieńska, oddał dyplom i nagrodę bez słowa komentarza. Juror, który miał z nim chodzić do restauracji, złożył rezygnację z komisji jeszcze przed ogłoszeniem ponownych wyników.
Orzeł Wiktora Mazurka wisi teraz w gabinecie starosty powiatu radomszczańskiego. Starosta kupił go za własne pieniądze — powiedział, że chciał mieć w biurze coś, co mu przypomina, że warto się nie poddawać.