Dlaczego damska bielizna ma kokardkę z przodu? Większość kobiet nie zna prawdziwego powodu, a historia sięga ponad sto lat wstecz

Trzymała w rękach stare opakowanie po bieliźnie babci i nie mogła uwierzyć w to, co przeczytała na odwrocie. 😮 Ta mała ozdoba, którą większość kobiet uważa za zwykły element dekoracyjny, powstała z zupełnie innego powodu — i gdy Magda z Trzebnicy poznała prawdę, zadzwoniła do matki i powiedziała tylko jedno: „Mamo, wiedziałaś o tym przez cały czas?” Nikt nie przypuszczał, że odpowiedź okaże się tak prosta — i tak zaskakująca.

Magda ma pięćdziesiąt dwa lata, pracuje jako krawcowa od trzydziestu lat i myśli, że o tkaninach i szyciu wie już wszystko. Jej warsztat mieści się w małym pokoiku przy głównej ulicy Trzebnicy — wieszaki z materiałami, stara maszyna Singera, szuflady pełne guzików i nici. Na ścianie wisi dyplom ukończenia technikum odzieżowego z 1992 roku, trochę już pożółkły.

Tydzień temu porządkowała rzeczy po śmierci babci Ireny, która dożyła dziewięćdziesięciu jeden lat i do końca była kobietą „starej daty” — elegancką, oszczędną, niewyrzucającą niczego bez potrzeby. W szafie, za grubymi wełnianymi płaszczami, Magda znalazła karton pełen starych opakowań po bieliźnie. Pudełeczka z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, część z nich jeszcze z fabryki w Łodzi, część z importu czechosłowackiego.

— Chciałam to wyrzucić — mówi Magda. — Ale jakoś nie mogłam. Babcia była z tych, co chowają opakowania, bo „może się jeszcze przydać”. Usiadłam i zaczęłam je oglądać.

Na jednym z pudełek, z odręcznym napisem czarnym flamastrem po polsku, babcia Irena zostawiła coś w rodzaju notatki. Kilka zdań. Magda musiała przeczytać dwa razy, żeby zrozumieć, o czym mowa.

Chodziło o kokardkę. Tę małą, niewinną kokardkę, którą prawie każda kobieta widzi na swoim staniku czy majtkach i nigdy nie zastanawia się, po co tam jest. Magda, mimo trzydziestu lat w zawodzie, też nie zadała sobie tego pytania nigdy. Dla niej to był po prostu detal. Ozdoba. Coś, co producenci dodają, żeby wyglądało ładniej i kobiecej.

Ale babcia Irena wiedziała inaczej.

— Zadzwoniłam do mamy od razu — wspomina Magda. — Ona ma siedemdziesiąt cztery lata, szyła przez całe życie, pracowała w spółdzielni odzieżowej. Myślałam, że ona to wie. Powiedziałam jej, co przeczytałam, i po drugiej stronie słyszę ciszę. A potem: „Skąd mama to wiedziała? Bo ja nie miałam pojęcia”.

Razem zaczęły szukać. Mama Magdy wyciągnęła swoje stare podręczniki do krawiectwa, Magda weszła do internetu. I okazało się, że babcia Irena miała rację co do joty.

Historia tej małej kokardki sięga przełomu XIX i XX wieku. Wtedy bielizna damska nie była szyta tak jak dziś. Nie było gumek — były troczki, wstążeczki, sznureczki, które przewlekano przez tunele w tkaninie i wiązano, żeby bielizna trzymała się ciała. Kiedy pranie szło do magla albo pralni, wstążeczki wyjmowano, żeby się nie zgubiły albo nie zniszczyły. A potem trzeba je było z powrotem wszyć — i żeby wiedzieć, gdzie jest przód, a gdzie tył, zostawiano mały węzełek albo kokardkę właśnie z przodu.

To był znacznik. Czysty, praktyczny, żaden romantyzm. „Tu jest przód” — i koniec.

Trzydzieści lat w zawodzie i tego nie wiedziała

Magda siedziała przy maszynie i śmiała się do łez. — Trzydzieści lat szyję, mam dyplom, robiłam poprawki do bielizny nie wiadomo ile razy — i nigdy mi to do głowy nie przyszło. A babcia, która skończyła tylko siedem klas, wiedziała. Napisała to na pudełku i schowała. Jakby czekała, aż ktoś znajdzie.

Jej mama przez telefon też się śmiała, ale po chwili zrobiła się poważna. — Wiesz co — powiedziała — to znaczy, że ta kokardka jest starsza niż nasza mama. Starsza niż Polska w obecnych granicach. I my obie nosiłyśmy ją całe życie i nie wiedziałyśmy, co znaczy.

Kiedy gumki elastyczne zastąpiły wstążki — a stało się to mniej więcej w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku — kokardka straciła swoje pierwotne zadanie. Nie było już czego znaczyć. Ale pozostała. Producenci zostawiali ją, bo kobiety były do niej przyzwyczajone. Potem projektanci zaczęli traktować ją jako element stylu. Wreszcie stała się po prostu „tak się robi” — tradycja, której nikt nie kwestionuje, bo nikt nie pamięta, skąd pochodzi.

Magda pokazała tę historię klientkom. Reakcje były zawsze podobne — najpierw niedowierzanie, potem śmiech, potem to charakterystyczne: „No przecież! Jak ja mogłam tego nie wiedzieć!”.

— Jedna pani, emerytka, powiedziała mi, że całe życie myślała, że to dla urody, żeby mężowi się podobało — opowiada Magda. — A tu się okazuje, że to był znacznik do prania sprzed stu lat. Śmiałyśmy się obie, ale ona potem mówi: „Wiesz, Magdo, to jakoś mi ulżyło. Bo zawsze mi się ta kokardka trochę głupio kojarzyła — a teraz wiem, że to po prostu historia”.

Babcia wiedziała, bo jej mama jej powiedziała

Ale skąd babcia Irena wiedziała? Tego pytania Magda nie zdążyła jej zadać za życia. Została tylko ta notatka na pudełku, kilka zdań pisanych starą, zaokrągloną kaligrafią.

Magda pokazała pudełko ciotce — siostrze babci, która ma osiemdziesiąt siedem lat i mieszka w Oleśnicy. Ciotka Władzia przeczytała, pokiwała głową i powiedziała spokojnie: — A bo nasza mama nam tłumaczyła. Jak szyłyśmy pierwsze rzeczy, to mama mówiła: „Kokardka jest po to, żebyś wiedziała, gdzie jest przód. Tak robiły nasze babcie i ich babcie”. Myślałam, że wszyscy to wiedzą.

Okazuje się, że nie. Wiedza, która przez pokolenia przechodziła z matki na córkę przy maszynie do szycia albo przy desce do prasowania, gdzieś po drodze zaginęła. Kiedy kobiety przestały szyć w domu, kiedy bielizna zaczęła przychodzić gotowa w foliowych opakowaniach — historia kokardki urwała się. Została sama kokardka, bez wyjaśnienia.

Magda mówi, że teraz, kiedy robi poprawki krawieckie albo szyje coś na zamówienie, zawsze opowiada tę historię. — Kobiety wychodzą ode mnie i dzwonią do córek, do sióstr. Jedna pani powiedziała mi, że wieczorem przy kolacji opowiedziała to mężowi i dzieciom i że to był najlepszy temat przy stole od miesięcy. Bo to jest właśnie taka rzecz — prosta, codzienna, i nagle okazuje się, że za tym kryje się cały kawałek historii kobiet. Tego, jak żyły, jak prały, jak dbały o swoje rzeczy.

Pudełko po babci Irenie stoi teraz na półce w warsztacie Magdy, obok Singera i szuflady z guzikami. Nie wyrzuciła go. Mówi, że to najlepsza lekcja krawiectwa, jaką dostała — i nie z żadnego podręcznika, ale z kartonu schowanego za wełnianymi płaszczami w szafie kobiety, która skończyła siedem klas i wiedziała więcej niż niejeden dyplomowany krawiec. 😊

Добавить комментарий

Ваш адрес email не будет опубликован. Обязательные поля помечены *