Zapalił światła przeciwmgielne w słoneczny dzień i dostał mandat. Powód zaskoczył nawet policjantów

Był zwykły wtorek, słońce świeciło bez litości, a Henryk z Radomska jechał sobie spokojnie drogą krajową. Nic nie wskazywało na to, że ten dzień zapamięta na długo. A jednak — migające światła radiowozu zmusiły go do zjechania na pobocze. Policjant był uprzejmy, ale konkretny. I miał rację.

Henryk to emeryt po sześćdziesiątce, który za kierownicą spędził więcej czasu niż niejeden zawodowy kierowca. Prawo jazdy ma od czterdziestu lat, mandatów — jak sam mówi — właściwie nigdy. Dlatego kiedy funkcjonariusz poprosił go o dokumenty i wskazał na przedni zderzak, Henryk był szczerze przekonany, że zaraz wyjaśni nieporozumienie i pojedzie dalej. Tak się nie stało.

Światła, które świeciły nie wtedy, kiedy trzeba

Problem był prozaiczny, ale poważny. Henryk miał włączone przednie światła przeciwmgielne. W samo południe, przy pełnym słońcu, na prostej drodze z widocznością na kilkaset metrów. Żadnej mgły, żadnej ulwy, żadnego gęstego śniegu — nic z tych rzeczy. Po prostu włączył je rano, kiedy wyjeżdżał z domu, bo wtedy rzeczywiście było trochę szarawo. I zapomniał wyłączyć.

— Myślałem, że to drobiazg — przyznał później Henryk znajomym. — Przecież one nikomu nie przeszkadzają, prawda? Błąd.

Przeszkadzają — i to bardzo konkretnie. Polskie prawo o ruchu drogowym jest w tej kwestii jednoznaczne: przednie światła przeciwmgielne wolno stosować wyłącznie wtedy, gdy warunki atmosferyczne rzeczywiście tego wymagają — mgła, intensywne opady deszczu lub śniegu, zamieć. Używanie ich bez powodu to wykroczenie zagrożone mandatem. Henryk zapłacił sto złotych. Mógł zapłacić więcej, bo przepisy przewidują nawet wyższe stawki — zależy od uznania funkcjonariusza i okoliczności.

Dlaczego tak wielu kierowców o tym nie wie?

To, co przydarzyło się Henrykowi, nie jest wcale rzadkością. Policjanci drogówki przyznają nieoficjalnie, że interwencje w tej sprawie zdarzają się regularnie — i że reakcja zatrzymanych kierowców bywa zaskakująco podobna. Najpierw niedowierzanie, potem próba tłumaczenia się, a w końcu konsternacja, kiedy funkcjonariusz spokojnie cytuje odpowiedni przepis. Wielu kierowców po prostu nie wie, że to wykroczenie. Albo wie, ale traktuje je jak przepis, którego nikt nie egzekwuje.

Skąd ten błąd? Częściowo winne są stare nawyki. Przez lata wielu polskich kierowców korzystało ze świateł przeciwmgielnych jako czegoś w rodzaju „wzmocnionych świateł mijania” — zwłaszcza jesienią i zimą, kiedy dni są krótkie i szare. Część myślała, że dodatkowe światło z przodu to zawsze bezpieczniejsze wyjście. Część po prostu nie wiedziała, że przepis jest inny niż im się wydawało.

Do tego dochodzi kwestia tylnych świateł przeciwmgielnych — i tu jest jeszcze gorzej. Tylna czerwona lampka przeciwmgielna oślepia kierowców jadących za nami skuteczniej niż mogłoby się wydawać. Przy dobrej widoczności włączone tylne światło przeciwmgielne to nie żaden sygnał bezpieczeństwa — to realne utrudnienie dla innych. I też jest zakazane poza warunkami, które tego wymagają. Tu mandaty bywają jeszcze częstsze, bo wielu kierowców w ogóle nie wie, że ma taką lampkę — albo nie wie, jak ją wyłączyć osobno.

Warto też pamiętać, że przepisy różnią się w zależności od kraju. Wyjeżdżając za granicę — szczególnie do Niemiec, Czech czy na Słowację — można się natknąć na inne zasady i inne podejście służb. To, co w Polsce uchodzi za drobne niedopatrzenie, tam może skończyć się znacznie wyższym mandatem i wpisem do zagranicznego rejestru wykroczeń.

Henryk wrócił do domu z mandatem i — jak sam przyznaje — z pewnym wstydem. Ale też z postanowieniem: od tej pory przed wyjazdem rzut oka na tablicę rozdzielczą to obowiązek. Jego historia rozeszła się po okolicy szybciej, niż się spodziewał. Kilku sąsiadów przyznało, że sami jeżdżą tak samo — i że nigdy nie przyszło im do głowy, że to może być problem. Teraz wiedzą. I Henryk, i oni.

Добавить комментарий

Ваш адрес email не будет опубликован. Обязательные поля помечены *