Śnił jej się mąż, który odszedł trzy lata temu. Rano znalazła coś, czego nikt nie potrafił wyjaśnić

Krystyna obudziła się o wpół do czwartej w nocy z mokrymi policzkami. Serce biło jej szybko, oddech był płytki. Zbyszek stał przy oknie — tak jak zawsze, gdy coś go martwiło. Miał na sobie tę szarą flanelową koszulę, którą nosiła potem przez rok po jego odejściu, bo pachniała jego wodą kolońską. W śnie był taki spokojny. Uśmiechnął się tylko i powiedział jedno zdanie. Rano nie mogła sobie przypomnieć słów — ale uczucie zostało.

Zbyszek zmarł trzy lata temu, w listopadzie, na zawał. Szybko, bez pożegnania. Krystyna, sześćdziesięciotrzylatka z Bochni, do dziś mówi, że najgorsze nie było samo odejście — ale to, że nie zdążyła mu powiedzieć tego, co powinna. Przez pierwsze miesiące prawie nie spała. Potem sny zaczęły przychodzić — rzadko, nieregularnie, ale zawsze zostawiały po sobie ten sam dziwny spokój. Jakby ktoś na chwilę uchylił drzwi i znowu je zamknął.

Ten ranek był inny

Tego dnia jednak coś się zmieniło. Kiedy Krystyna wyszła do kuchni zrobić kawę, na stole leżał jego stary śrubokręt — żółty, z czarnym uchwytem, z wygrawerowanymi inicjałami Z.W., które Zbyszek sam wyciął scyzorykiem gdzieś w latach osiemdziesiątych. Narzędzie, którego szukała od pogrzebu. Myślała, że zabrał je zięć albo że gdzieś zawieruszyło się w piwnicy. Tymczasem leżało na środku kuchennego stołu, jakby ktoś je tam celowo położył.

Zadzwoniła do córki Małgosi jeszcze przed ósmą. — Mamo, może sama go przyniosłaś i nie pamiętasz? — zapytała córka, ale głos jej się lekko załamał. Bo obie wiedziały, że Krystyna od tygodnia nie zaglądała do piwnicy. Kolano jej dokuczało, schodów unikała. Sąsiadka Halina, która ma klucze na wypadek nagłej sytuacji, przysiągła, że od środy u niej nie była. Małgosia przyjechała jeszcze tego samego dnia. Wzięła śrubokręt do ręki, obejrzała inicjały i usiadła przy stole bez słowa.

Krystyna nie twierdzi, że to cud. Nie jest też osobą, która wierzy w duchy bez zastanowienia — przez czterdzieści lat pracowała jako księgowa, lubi konkrety i porządek. Ale tego ranka, przy tej kawie, z tym śrubokrętem na stole, po raz pierwszy od trzech lat poczuła, że może odetchnąć. — Może po prostu go przyniosłam i nie pamiętam — mówi, wzruszając ramionami. — Ale może i nie.

Co psycholodzy mówią o snach po stracie bliskich

Sny, w których pojawiają się osoby, które odeszły, mają swoją nazwę w psychologii — nazywa się je snami żałobnymi albo snami nawiedzającymi. Badania prowadzone między innymi przez zespół z Uniwersytetu w Padwie pokazały, że tego rodzaju sny doświadcza ponad siedemdziesiąt procent osób w żałobie, najczęściej w ciągu pierwszych dwóch lat po stracie. Co ciekawe, zdecydowana większość badanych oceniała je jako pozytywne — kojące, a nie przerażające.

Psycholodzy tłumaczą to mechanizmem przetwarzania żalu. Mózg w czasie snu porządkuje emocje, których za dnia nie potrafimy do końca przepracować. Twarz bliskiej osoby, jej głos, gest — to wszystko jest głęboko zakodowane w pamięci i może wracać właśnie w snach, szczególnie w momentach wzmożonego stresu albo tęsknoty. Nie ma w tym nic nadnaturalnego — ale nie ma też powodu, żeby takich snów się wstydzić ani je odrzucać. Dla wielu osób są one ważną częścią żałoby.

Niektórzy terapeuci pracujący z osobami po stracie mówią wprost: jeśli sen po kimś bliskim przynosi ulgę, a nie niepokój — to dobry znak. Oznacza, że psychika robi swoją robotę. Że powoli, po swojemu, uczy się żyć z brakiem. Krystyna słyszała podobne słowa od znajomej, która kilka lat temu straciła matkę. — Powiedziała mi, że te sny to nie pożegnanie. To odwiedziny — wspomina.

Śrubokręt leży teraz na parapecie w kuchni. Krystyna nie schowała go z powrotem do piwnicy. Małgosia nie naciskała. Czasem, przy porannej kawie, Krystyna bierze go do ręki i przesuwa palcem po inicjałach. Nie szuka wyjaśnienia. Mówi, że niektóre rzeczy nie muszą być wyjaśnione — wystarczy, że są.

Добавить комментарий

Ваш адрес email не будет опубликован. Обязательные поля помечены *