Wróciła do auta i zobaczyła wielką wgniotkę — a kobieta, która to zrobiła, stała kilkadziesiąt metrów dalej i śmiała się jej w twarz

W sobotnie południe wyszłam z marketu z czterema siatkami zakupów i podeszłam do swojego samochodu — starego, niebieskiego vana, który dostałam po tacie.

Tata kupił go rok przed narodzinami mojej córki.

Woził nim wnuki na urodziny i na ryby.

Gdy odszedł dwa lata wcześniej, zostawił mi go w spadku.

Przez trzy lata ani jedna rysa.

Teraz w drzwiach kierowcy była głęboka wgniotka.

Wózek sklepowy wbity w blachę pod oknem.

Trzy długie srebrne rysy aż do tylnych drzwi.

Pęknięte lusterko.

Stałam z drżącymi rękami i patrzyłam na zniszczone auto taty.

Podniosłam wzrok.

Sześćdziesiąt metrów dalej, przy białym buicku, stała kobieta w fioletowym dresie.

Ta sama, która czterdzieści pięć minut wcześniej przy wejściu do sklepu urządziła awanturę o wózek.

Krzyczała, że „ukradłam jej wózek”, choć obok stało jeszcze dziewiętnaście identycznych.

Pracownik sklepu podszedł, żeby uspokoić sytuację — rzuciła się i na niego.

Oddałam jej wózek bez słowa i wzięłam następny.

Teraz patrzyła na mnie z uśmiechem.

Gdy nasze oczy się spotkały — roześmiała się głośno i pomachała ręką.

Zostawiłam zakupy na asfalcie i ruszyłam w jej stronę.

Ale zanim do niej dotarłam, przypomniałam sobie słowa taty.

Przez dwadzieścia sześć lat pracował w policji.

Gdy miałam szesnaście lat i ktoś porysował moje auto, chciałam odpłacić tym samym.

Tata powiedział wtedy: „Niech konsekwencje uczą, nie ty.”

Zatrzymałam się.

Zamiast krzyczeć — zadzwoniłam na policję.

Monitoring parkingu nagrał całe zdarzenie.

Kobieta w fioletowym dresie została zatrzymana, sprawa trafiła do sądu.

Co wydarzyło się potem, jak zniknął jej uśmiech i jak skończyła się ta historia? Cała historia w pierwszym komentarzu. 👇

Część pierwsza: Van po tacie

Mam na imię Kasia.

Mam trzydzieści cztery lata, córkę w drugiej klasie i starego, niebieskiego vana, który jest dla mnie ważniejszy niż jakikolwiek nowy samochód mógłby kiedykolwiek być.

Tata kupił go w komisie, gdy mama była w ósmym miesiącu ciąży z moją córką.

Powiedział, że chce mieć auto, które pomieści wózek, psa i dwa foteliki.

Przez szesnaście lat woził tym vanem całą naszą rodzinę.

Na ryby, na urodziny, na wakacje do morza — dwa razy, bo trzeciego razu już nie było.

Gdy tata zachorował, van stał przez rok pod blokiem.

Gdy odszedł, notariusz odczytał testament i powiedział, że auto przypada mnie.

Brat dostał działkę, ja dostałam vana.

Brat powiedział, że to niesprawiedliwe.

Ja powiedziałam, że to sprawiedliwe akurat.

Tata wiedział, co robi.

Przez trzy lata jeździłam tym autem ostrożniej niż kiedykolwiek jeździłam czymkolwiek.

Ani jedna rysa, ani jedno wgniecenie.

Myłam je sama, ręcznie, co dwa tygodnie.

Córka wiedziała, że w tym aucie się nie je i nie pije soku.

Mąż wiedział, że parkuje na nim tylko w ostateczności.

Tamtej soboty pojechałam do marketu po zakupy na tydzień.

Zaparkowałam w rzędzie F, jak zawsze — dalej od wejścia, żeby mieć więcej miejsca.

Wzięłam wózek spod zadaszenia i ruszyłam do sklepu.

Przy wejściu stała kobieta w fioletowym dresie.

Miała może pięćdziesiąt kilka lat, krótkie, przyfarbowane włosy i minę kogoś, kto szuka dziś powodu do kłótni.

Gdy przechodziłam obok, chwyciła za uchwyt mojego wózka.

„To mój wózek” — powiedziała.

Spojrzałam na nią.

„Wzięłam go spod zadaszenia” — odparłam spokojnie.

„Odłożyłam go na chwilę i wróciłam. To mój wózek.”

Obok stało dziewiętnaście identycznych wózków.

Powiedziałam jej to.

Zaczęła krzyczeć.

Że to złodziejstwo, że takie jak ja nie mają szacunku, że zaraz zawołuje ochronę.

Podszedł pracownik sklepu — młody chłopak, może dwadzieścia lat — i spokojnie zaproponował, żeby każda z nas wzięła inny wózek.

Kobieta rzuciła się i na niego.

Krzyczała, że się nie zna, że ona tu robi zakupy od piętnastu lat i tak jej nie traktowali.

Wzięłam wózek obok i weszłam do sklepu.

Nie odwróciłam się.

Robiłam zakupy przez czterdzieści minut.

Jogurty, chleb, mięso na obiad, ketchup, którego prosiła córka od trzech tygodni.

Myślałam o tym, co ugotować w niedzielę.

Nie myślałam o kobiecie w fioletowym dresie.

Zapomniałam o niej zupełnie.

Wyszłam z marketu i ruszyłam w stronę rzędu F.

Zobaczyłam vana z daleka.

I zobaczyłam wgniotkę.

Głęboką, wyraźną wgniotkę w drzwiach kierowcy, tuż pod oknem.

Zatrzymałam się w połowie drogi.

Podeszłam bliżej.

Trzy długie srebrne rysy od drzwi kierowcy aż do tylnych drzwi.

Pęknięte lusterko boczne, wiszące na kablu.

Wózek sklepowy leżał przewrócony dwa metry dalej.

Postawiłam siatki na asfalcie.

Przykucnęłam przy drzwiach i dotknęłam blachy.

Trzy lata bez rysy.

Tata kupił ten samochód, żeby wozić wnuki.

Podniosłam wzrok.

Sześćdziesiąt metrów dalej, przy białym buicku, stała kobieta w fioletowym dresie.

Patrzyła na mnie.

Gdy nasze oczy się spotkały, roześmiała się głośno.

Pomachała ręką.

Wstałam.

Zostawiłam zakupy na asfalcie i ruszyłam w jej stronę.

Szłam szybko.

Szłam szybciej.

I właśnie wtedy usłyszałam głos taty.

Nie dosłownie — ale pamiętam to zdanie od osiemnastu lat.

Miałam szesnaście lat, ktoś porysował moje pierwsze auto, stary fiat po babci.

Chciałam znaleźć tego człowieka i zrobić mu to samo.

Tata usiadł wtedy przy kuchennym stole i powiedział spokojnie: „Niech konsekwencje uczą, nie ty.”

Zatrzymałam się w połowie parkingu.

Stałam przez chwilę i patrzyłam na kobietę przy buicku.

Ona wciąż się uśmiechała.

Wyjęłam telefon i zadzwoniłam na policję.

Powiedziałam spokojnie, co się stało, podałam rząd i numer miejsca parkingowego.

Potem zadzwoniłam do marketu i zapytałam o monitoring parkingu.

Kierownik powiedział, że kamery działają i że mogę złożyć wniosek o zabezpieczenie nagrania.

Złożyłam.

Wróciłam do swoich siatek i czekałam.

Kobieta w fioletowym dresie wsiadła do buicka i próbowała odjechać.

Patrol przyjechał po siedmiu minutach.

Zdążyli.

Policjant podszedł do buicka, zanim tamta wyjechała z rzędu.

Widziałam, jak wysiada z auta z miną kogoś, kto właśnie przestał się uśmiechać.

Złożyłam zawiadomienie na miejscu.

Dałam dane, opisałam przebieg zdarzeń od wózka przy wejściu do wgniotki w drzwiach.

Pracownik marketu, ten młody chłopak, potwierdził kłótnię przy wejściu.

Monitoring potwierdził resztę.

Kamera przy rzędzie F nagrała, jak kobieta w fioletowym dresie pcha wózek w stronę mojego auta, a potem odchodzi i staje przy swoim buicku.

Nagrała też, jak patrzy w stronę wejścia do marketu i czeka.

Czekała, aż wrócę.

Część druga: Konsekwencje

Tego wieczoru siedziałam przy kuchennym stole i nie mogłam zjeść kolacji.

Mąż postawił talerz przede mną, usiadł naprzeciwko i patrzył przez chwilę bez słowa.

— Opowiedz mi jeszcze raz — powiedział w końcu.

Opowiedziałam.

Od wózka przy wejściu, przez zakupy, przez rząd F i tę wgniotkę, której nie chciałam oglądać po raz drugi, a oglądałam ją przed oczami bez przerwy.

Mąż słuchał, nie przerywał.

Gdy skończyłam, wstał, wziął kurtkę i wyszedł do garażu.

Wiedziałam, że idzie zobaczyć vana.

Wrócił po piętnastu minutach.

Usiadł z powrotem, wziął widelec i powiedział tylko: — Naprawię.

Nie powiedział, że to tylko blacha.

Nie powiedział, że mogło być gorzej.

Wiedział, że nie o blachę chodzi.

Córka zapytała rano, dlaczego tata tak długo stał przy samochodzie tatusia Kasi.

Powiedziałam, że sprawdzał, czy wszystko w porządku.

— I jest? — zapytała.

— Będzie — powiedziałam.

W poniedziałek odebrałam telefon z komendy.

Pani z wydziału ruchu drogowego powiedziała, że nagranie zostało zabezpieczone i że sprawa zostaje skierowana do dalszego postępowania.

Mówiła spokojnie, rzeczowo, wymieniała paragrafy.

Ja słuchałam i myślałam o tamtym uśmiechu na parkingu.

O tym, jak kobieta pomachała ręką, jakby to był żart.

Jakby van po tacie był żartem.

Przez kolejne tygodnie dostawałam pisma.

Wezwania, potwierdzenia, formularze do wypełnienia.

Każde z nich odkładałam do szarej teczki, którą kupiłam specjalnie na tę sprawę.

Mąż mówił, że jestem zbyt dokładna.

Powiedziałam, że tata przez dwadzieścia sześć lat w policji nauczył mnie, że dokumenty się przechowuje.

Mąż nie odpowiedział, tylko kiwnął głową.

Rozprawa odbyła się cztery miesiące po tamtej sobocie.

Sala była mała, okna wychodziły na parking — inny parking, przy sądzie, szary i pusty.

Kobieta w fioletowym dresie przyszła w granatowej marynarce.

Bez dresów, bez uśmiechu.

Siedziała po drugiej stronie sali i nie patrzyła w moją stronę.

Jej pełnomocnik powiedział, że zdarzenie było przypadkowe, że wózek potoczył się sam, że jego klientka nie miała zamiaru uszkodzić pojazdu.

Sędzia zapytała, czy klientka pełnomocnika może wyjaśnić, dlaczego po zdarzeniu stała przy swoim samochodzie i śmiała się w stronę poszkodowanej.

Pełnomocnik poprosił o chwilę.

Szepnął coś do kobiety w granatowej marynarce.

Ona nie odpowiedziała.

Nagranie z monitoringu trwało cztery minuty i dwadzieścia sekund.

Było wyraźne.

Widać było, jak kobieta bierze wózek, prowadzi go w stronę mojego vana, puszcza z impetem i odchodzi.

Widać było, jak odwraca się i patrzy.

Widać było wszystko.

Sąd zasądził trzy tysiące dwieście złotych odszkodowania i osiemdziesiąt godzin prac społecznych.

Gdy wyszłam z sali, usiadłam na ławce na korytarzu i zadzwoniłam do męża.

— I co? — zapytał.

— Tata miał rację — powiedziałam.

Mąż przez chwilę milczał.

— Wiem — odparł. — Przyjedź do domu, zrobię obiad.

Część trzecia: Nowe drzwi

Mąż naprawiał vana przez trzy weekendy.

Nie oddał go do warsztatu.

Powiedział, że nie odda cudzym rękom czegoś, co jest nasze.

Zamówił drzwi z rozbiórki — ten sam rocznik, ten sam odcień niebieskiego, co się zdarza rzadko.

Szlifował, gruntował, malował w garażu przy otwartej bramie, bo był październik i było zimno, ale lakier musi schnąć przy wietrze.

Córka przychodziła do garażu i pytała, czy może potrzymać latarkę.

Mąż mówił, że tak, i tłumaczył jej, na co świecić.

Ona świeciła bardzo poważnie, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie.

Może i była.

Gdy drzwi były już gotowe i mąż miał je zamontować, zadzwonił do mnie do kuchni.

— Chodź — powiedział. — Chcę ci coś pokazać.

W garażu leżały stare drzwi, te z wgniotką i rysami.

Mąż trzymał w ręku metalowy pasek — może osiem centymetrów szerokości, wycięty ze starej blachy.

Niebieski lakier, jedna srebrna rysa przez całą długość.

— Wsunę to za tapicerkę — powiedział. — Wewnątrz nowych drzwi. Nikt nie zobaczy, tylko ty będziesz wiedziała.

Wzięłam ten pasek do ręki.

Był zimny i lekki.

— Po co? — zapytałam, choć wiedziałam po co.

— Żebyś wiedziała, że to wciąż ten sam samochód — powiedział. — Że nic się nie zmieniło naprawdę.

Stałam w garażu i trzymałam kawałek blachy po tacie.

Mąż patrzył na mnie i czekał.

— Wsuwaj — powiedziałam.

Wsunął.

Zamontował drzwi, zamknął je, otworzył, sprawdził uszczelkę.

Van wyglądał jak nowy.

Prawie.

Ale ja wiedziałam, co jest w środku.

Pierwszą sobotę po naprawie pojechałam do marketu.

Zaparkowałam w rzędzie F.

Wysiadłam, zamknęłam drzwi i przez chwilę stałam przy aucie z ręką na klamce.

Niebieska blacha, świeży lakier, żadnych rys.

I gdzieś tam w środku — pasek ze starą rysą.

Wzięłam wózek i poszłam na zakupy.

Część czwarta: Telefon

Kilka miesięcy po wyroku zadzwonił nieznany numer.

Odebrałam, bo myślałam, że to ze szkoły córki.

— Halo? — powiedział głos po drugiej stronie. — Czy mówię z panią Kasią?

— Tak — odparłam ostrożnie.

Cisza przez trzy sekundy.

— Tu Danuta — powiedział głos. — Z parkingu. Ta od wózka.

Usiadłam na krześle przy stole.

Nie powiedziałam nic.

— Wiem, że nie mam prawa dzwonić — powiedziała. — Dostałam pani numer z akt sprawy, przez pełnomocnika. Mogę się rozłączyć, jeśli pani chce.

Patrzyłam przez okno na podwórko.

Córka jeździła na hulajnodze po chodniku.

— Czego pani chce? — zapytałam.

— Chciałabym się spotkać — powiedziała Danuta. — Żeby powiedzieć coś pani w twarz. Nie przez telefon.

Pomyślałam, że powiem nie.

Pomyślałam, że to bez sensu, że wyrok zapadł, że sprawa jest zamknięta, że nie mam żadnego powodu.

— Dobrze — powiedziałam.

Sama nie wiem, dlaczego.

Umówiłyśmy się na sobotę, na parking przy markecie, przy rzędzie F.

Mąż zapytał, czy chcę, żeby pojechał ze mną.

Powiedziałam, że nie.

— Jesteś pewna? — zapytał.

— Tata zawsze mówił, że trudne rozmowy lepiej prowadzić sam na sam — powiedziałam.

Mąż kiwnął głową i nie pytał więcej.

Część piąta: Parking, rząd F

Danuta stała przy wejściu do rzędu F, gdy przyjechałam.

Nie w dresie — w szarej kurtce, z płócienną torbą na ramieniu.

Włosy miała upięte, nie przyfarbowane jak tamtego dnia, tylko siwe przy skroniach.

Wyglądała inaczej niż w sali sądowej.

Mniejsza jakoś.

Wysiadłam z vana i podeszłam.

Stanęłyśmy naprzeciwko siebie przy betonowym słupku z numerem rzędu.

— Dziękuję, że pani przyszła — powiedziała Danuta.

Skinęłam głową.

Milczałyśmy przez chwilę.

Wokół nas jeździły auta, ktoś wkładał zakupy do bagażnika, dziecko biegło za matką przez przejście.

Zwykła sobota.

— Chciałam powiedzieć, że mi przykro — zaczęła Danuta. — Wiem, że to mało. Wiem, że wyrok powiedział swoje. Ale chciałam powiedzieć to pani osobiście.

Patrzyłam na nią.

— Dlaczego to zrobiła pani? — zapytałam. — Tamtego dnia. Po co?

Danuta przez chwilę patrzyła na asfalt.

— Byłam zła — powiedziała. — Na panią, na ten parking, na ten sklep, na wszystko. Tamtego dnia rano dowiedziałam się, że nie dostanę pracy, o którą się starałam od czterech miesięcy. Mąż wyszedł rok wcześniej. Mieszkam sama. Przyjechałam tu po zakupy, bo trzeba było, i ta złość szukała gdzieś ujścia.

— I znalazła mój samochód — powiedziałam.

— Tak — powiedziała Danuta cicho. — Przepraszam panią za to.

Stałyśmy przy rzędzie F i wiatr ciągnął od strony ulicy.

Patrzyłam na Danutę i myślałam o tacie.

O tym, że przez dwadzieścia sześć lat w policji widział wszystkich takich ludzi — tych, którzy ranią innych, bo sami są poranieni, i tych, którzy ranią, bo mogą.

I że mimo to mówił: „Niech konsekwencje uczą.”

Nie mówił: „Nie wybaczaj.”

— Wyrok nauczył mnie, co zrobiłam źle — powiedziała Danuta. — Ale nie nauczył mnie, jak przestać. Jak nie ranić ludzi, gdy mi jest źle. Nie wiem, jak to się robi.

Patrzyłam na nią przez chwilę.

— Ja też nie zawsze wiem — powiedziałam w końcu.

Danuta podniosła wzrok.

Chyba się nie spodziewała takiej odpowiedzi.

— Ale tamtego dnia — dodałam — tata mi powiedział coś, co mnie zatrzymało. I to wystarczyło.

Danuta milczała.

— Może pani potrzebuje kogoś, kto stanie obok — powiedziałam. — Nie ja. Ale ktoś.

Skinęła głową powoli.

— Wiem — powiedziała. — Wiem już.

Stałyśmy jeszcze przez chwilę.

Potem Danuta wzięła torbę mocniej pod ramię i powiedziała, że idzie na zakupy.

— Ja też — powiedziałam.

Ruszyłyśmy razem w stronę stojaka z wózkami.

Wyciągnęłam jeden, sprawdziłam, czy koła się kręcą, i podałam jej.

Sama nie wiem, czemu akurat tak.

Może dlatego, że tata zawsze mówił, że gest jest ważniejszy od słów.

— Proszę bardzo, moja pani — powiedziałam.

Danuta spojrzała na wózek, potem na mnie.

I roześmiała się.

Zupełnie inaczej niż tamtego dnia na parkingu.

Tamten śmiech był triumfem.

Ten był czymś innym.

Wzięłam następny wózek i weszłyśmy do marketu.

Część szósta: Sobotnie popołudnia

Minęły kolejne miesiące.

Nie umawiałyśmy się — po prostu tak wychodziło, że obie robimy zakupy w sobotnie popołudnie.

Czasem spotykałam Danutę przy warzywach, czasem przy kasach, czasem dopiero przy stojaku z wózkami, gdy wychodziłam, a ona wchodziła.

Nie rozmawiałyśmy długo.

Kilka zdań o kolejce, o tym, że znowu zmienili układ sklepu, o cenie masła.

Zwykłe rzeczy.

Pewnego dnia w grudniu Danuta powiedziała mi, że zaczęła chodzić do psychologa.

Powiedziała to przy stojaku z mandarynkami, jakby mówiła o zmianie dentysty.

— Dobry? — zapytałam.

— Mówi mało, ale słucha dobrze — odparła. — Chyba o to chodzi.

Kiwnęłam głową.

— Chyba tak — powiedziałam.

Wzięła mandarynki i poszła dalej.

Ja wzięłam jabłka i poszłam w przeciwną stronę.

W lutym Danuta czekała przy stojaku z wózkami, gdy przyjechałam na parking.

Stała i patrzyła na rząd F.

Gdy podeszłam, powiedziała bez wstępów: — Przepraszam za tamten samochód. Naprawdę.

— Wiem — powiedziałam. — Już pani mówiła.

— Wiem, że mówiłam. Ale chciałam powiedzieć jeszcze raz.

Wyciągnęłam wózek ze stojaka, sprawdziłam koła i podałam jej.

— Proszę bardzo, moja pani — powiedziałam.

Roześmiała się.

Tak samo jak za każdym razem.

Jakby ten śmiech był już naszym rytuałem.

Może i był.

Wiosną córka pojechała ze mną na zakupy.

Przy wózkach spotkałyśmy Danutę.

Córka patrzyła na nią z powagą, jak to mają dzieci w wieku siedmiu lat.

— To pani znajoma? — zapytała mnie półgłosem, ale tak, żeby Danuta słyszała.

— Tak — powiedziałam.

— Z pracy?

— Nie. Z parkingu.

Córka kiwnęła głową, jakby to było całkowicie logiczne wyjaśnienie.

Danuta przykucnęła przy niej i powiedziała: — Twoja mama ma bardzo ładny samochód.

Córka wyprostowała się z dumą.

— Wiem — powiedziała. — To był samochód pradziadka. Teraz jest nasz.

Danuta spojrzała na mnie.

Nic nie powiedziała.

Ale w tym spojrzeniu było coś, co rozumiałam bez słów.

Weszłyśmy do marketu każda osobno.

Jak zwykle.

Część siódma: Pasek blachy

Pewnego wieczoru, już po zimie, siedziałam w samochodzie na parkingu pod blokiem i czekałam, aż skończy się piosenka w radiu.

Taka głupia przyczyna — po prostu lubię tę piosenkę i nie wysiada się w środku.

Radio grało, za oknem świeciły latarnie, w bloku zapalały się kolejne okna.

Bez zastanowienia sięgnęłam do bocznej kieszeni drzwi.

Palce trafiły na coś zimnego i gładkiego.

Pasek blachy.

Mąż wsunął go za tapicerkę, ale przez zimę wyślizgnął się do kieszeni drzwi.

Wzięłam go do ręki.

Niebieski lakier, jedna srebrna rysa.

Siedziałam i trzymałam ten kawałek metalu, a piosenka grała dalej.

Myślałam o tacie.

O tym, jak uczył mnie jeździć na tym samym parkingu co teraz — inny market, tamten już nie istnieje, ale parking był podobny, betonowy i szeroki.

Tata siedział obok i mówił spokojnie: „Lusterko, lusterko, lusterko” — bo zapominałam sprawdzać po kolei.

Myślałam o tym, że gdybym tamtego dnia w rzędzie F zrobiła to, co chciałam zrobić — podeszła do tej kobiety i nakrzyczała, albo gorzej — tata by się wstydził.

Nawet jeśli nikt by nie widział.

On by wiedział.

Piosenka się skończyła.

Wsunęłam pasek blachy z powrotem za tapicerkę, głębiej tym razem, żeby nie wypadał.

Wysiadłam z auta i zamknęłam drzwi.

Van stał pod latarnią, niebieski i spokojny.

Taki sam jak zawsze.

Weszłam do domu.

Mąż siedział przy stole z córką i pomagał jej przyklejać naklejki do zeszytu z przyrody.

— Długo cię nie było — powiedział, nie podnosząc głowy.

— Słuchałam piosenki — powiedziałam.

Kiwnął głową.

Usiadłam obok córki i wzięłam naklejkę z żabą.

— Tu? — zapytałam, pokazując miejsce na stronie.

— Tak — powiedziała córka poważnie. — Żaba lubi przy wodzie.

Przyklejałam żabę przy wodzie i myślałam, że tata by się śmiał z tej żaby.

I że to dobrze.

I że van stoi pod blokiem, cały i nienaruszony, z kawałkiem starej blachy ukrytym w środku.

I że to też dobrze.

Przy stojaku z wózkami w następną sobotę Danuta była pierwsza.

Wyciągnęła wózek, sprawdziła koła i podała mi.

— Proszę bardzo, moja pani — powiedziała.

Tym razem to ja się roześmiałam.

— Nauczyła się pani — powiedziałam.

— Uczę się — odparła.

Weszłyśmy do marketu.

Tata miał rację.

Konsekwencje uczą lepiej niż ja.

Ale czasem, przy odrobinie szczęścia, uczą też tych, których dotykają.

I to jest najlepsza wersja tej historii.

Добавить комментарий

Ваш адрес email не будет опубликован. Обязательные поля помечены *