Ożeniłem się z moją pacjentką, wiedząc, że ma trzy dni.
Po pogrzebie jej siostra podeszła do mnie przy samochodzie z zapieczętowanym pudełkiem i powiedziała: „Prosiła, żebyś dostał to dopiero po jej śmierci.”

Miałem dwadzieścia osiem lat, spłacałem kredyty studenckie i dorabiałem w weekendy, żeby wyrobić się na koniec miesiąca.
Kredyt na studia medyczne to nie jest coś, o czym myślisz na początku — myślisz o tym dopiero wtedy, gdy siedzisz przy stole z wyciągiem bankowym i liczysz, ile zostało do następnej pensji.
Mieszkałem w kawalerce na czwartym piętrze bez windy, jadałem kanapki z serem żółtym, bo ser żółty był tańszy od wędliny, i cieszyłem się, jeśli do piątku zostawało mi na kawę z automatu na oddziale.
Na oddział onkologiczny trafiłem rok po stażu.
Nie wybrałem go. Przydzielili mi go, bo brakowało rąk, a ja nie miałem powodów, żeby odmawiać.
Pierwszego dnia ordynatorka pokazała mi salę i powiedziała sucho: „Tu się nauczysz rozmawiać z ludźmi. Albo nie — ale wtedy i tak się nauczysz.”
Nie rozumiałem, co miała na myśli, dopóki nie wszedłem na salę numer sześć.
Kasia miała osiemnaście lat i była moją pacjentką od pierwszego dnia po przyjęciu.
Leżała na środkowym łóżku, z oknem po lewej, z kroplówką po prawej, i czytała komiks, który był wyraźnie przeznaczony dla dzieci co najmniej dziesięć lat młodszych od niej.
Zapytałem, czy to dobry komiks.
Powiedziała, że fatalny, ale obrazki są kolorowe i to pomaga.
Chemioterapia zostawiała ją bez sił, ale ona i tak potrafiła roześmiać pielęgniarki jeszcze przed obchodem.
Robiła głupie miny, gdy mierzyłem jej ciśnienie.
Raz napompowałem mankiet za mocno i powiedziała, że czuje się jak cytryna, którą ktoś ściska na sok.
Mówiła, że stetoskop jest zimny jak „metalowy bałwan”.
Pielęgniarka Marta zaczęła go podgrzewać w dłoniach przed wejściem na salę szóstą — tylko na salę szóstą, bo Kasia jako jedyna na to narzekała.
Reszta personelu się śmiała, ale Marta mówiła poważnie, że to kwestia szacunku.
Kiedy wyniki się pogorszyły, rodzina wiedziała, ale Kasia jakby wiedziała wcześniej.
Nie pytała mnie o wyniki tak jak inni pacjenci — nie czekała na mnie przy drzwiach, nie śledziła mojej twarzy, gdy wchodziłem na salę.
Ona po prostu przestała mówić o planach.
Wcześniej mówiła o kursie fotografii, który chciała zrobić na jesień, o tym, że siostra obiecała jej wspólny wyjazd w góry.
Pewnego ranka przestała o tym mówić i zaczęła mówić o rzeczach, które już zrobiła.
Lekarze powiedzieli mi na korytarzu, że zostały jej najwyżej trzy dni.
Stałem przy oknie na końcu korytarza i patrzyłem na parking, bo nie wiedziałem, gdzie patrzeć.
Kolega, który był na oddziale dłużej ode mnie, powiedział, że do tego się nie przyzwyczaja, tylko uczy się z tym żyć obok.
Nie rozumiałem różnicy, ale pokiwałem głową.
Tego samego wieczoru Kasia poprosiła o rozmowę na osobności.
Pielęgniarki wyszły, zasłona między łóżkami była zaciągnięta, na sali zostaliśmy tylko my dwoje.
Usiadłem na krześle przy jej łóżku.
Powiedziała spokojnie, patrząc w sufit: „Nie chcę trafić do nieba jako panna. To byłoby żałosne.”
Myślałem, że żartuje.
Ale ona się nie uśmiechała.
Była spokojna.
Powiedziała, że chce ślubu — nie papierów, nie wesela, tylko chwili, żeby być mężatką choć przez jeden dzień.
Zapytałem, czy ma kogoś — chłopaka, kogoś z rodziny, kogoś bliskiego.
Powiedziała, że nie ma i że właśnie dlatego pyta mnie.
Dodała, że rozumie, jeśli powiem nie, i że nie będzie miała do mnie żalu, bo to jest dziwna prośba i wie o tym.
Powiedziała to tak spokojnie, jakby prosiła o szklankę wody.
Tej nocy nie spałem.
Leżałem w kawalerce na czwartym piętrze i patrzyłem w sufit, który był taki sam jak sufit na sali szóstej, tylko bez kroplówki po prawej stronie.
Myślałem o tym, co jest właściwe, co jest zgodne z zasadami, co powiedzieliby mi na komisji etycznej, gdyby się dowiedzieli.
A potem myślałem o tym, jak ona leżała i patrzyła w sufit i mówiła, że nie chce trafić do nieba jako panna.
O czwartej rano wstałem, zrobiłem kawę i zdecydowałem.
Rano zadzwoniłem do ordynatorki i powiedziałem, że przekazuję Kasię pod opiekę kolegi.
Ordynatorka zapytała dlaczego.
Powiedziałem, że mam sprawę osobistą do załatwienia.
Zapytała, czy to pilne.
Powiedziałem, że tak.
Nie powiedziałem jej całej prawdy.
Kolega, któremu przekazałem Kasię, był doświadczony i spokojny, jeden z tych lekarzy, przy których pacjenci od razu oddychają wolniej.
Powiedział, że rozumie i że zajmie się nią dobrze.
Następnego dnia w sali szpitalnej wzięliśmy ślub.
Zamiast krawata miałem ten z szuflady, bordowy w drobny wzór, kupiony na targu za dwanaście złotych.
Kasia zobaczyła go i powiedziała, że jest brzydki.
Powiedziałem, że wiem.
Powiedziała, że pasuje.
Pielęgniarka Marta zrobiła dwie obrączki z bandaża i związała je w supełek, żeby się nie rozwijały.
Wzięła długi kawałek, złożyła go kilka razy, zawiązała starannie i podała nam obojgu z taką miną, jakby to były obrączki ze złota.
Kasia owinęła głowę białą chustą i powiedziała, że wygląda jak panna młoda z bajki dla chorych dzieci.
Wszyscy się roześmiali.
Jej siostra Agnieszka przyniosła gałązkę białego bzu z ogrodu — nie wiem skąd go wzięła w środku tygodnia.
Zapytałem ją o to później, ale powiedziała tylko, że sąsiadka miała krzak przy płocie i że zapukała do drzwi o siódmej rano.
Kasia trzymała gałązkę obiema rękami i wyglądała poważnie przez całą chwilę, gdy składaliśmy przysięgę.
Marta powiedziała potem, że płakała za kotarą i udawała, że sprawdza kroplówkę.
Agnieszka stała przy oknie i nie płakała, ale miała taką twarz, przy której wiadomo, że za chwilę będzie inaczej.
Kiedy skończyliśmy, Kasia powiedziała: „No to teraz jestem mężatką. Przynajmniej to.”
I się uśmiechnęła tak, jak uśmiechała się zawsze — trochę krzywo, trochę przekornie, jakby właśnie wygrała zakład.
Zostałem jeszcze chwilę, potem wyszedłem na korytarz i oparłem się o ścianę.
Marta wyszła za mną i powiedziała tylko: „Dobrze zrobiłeś.”
Nie wiedziałem wtedy, czy to prawda.
Dwa dni później Kasia odeszła.
Byłem przy tym.
Siedziałem na tym samym krześle co wtedy, gdy mi powiedziała o ślubie.
Agnieszka siedziała po drugiej stronie łóżka i trzymała Kasię za rękę.
Rodzice stali przy drzwiach, bo na sali nie było miejsca dla czterech osób naraz i nikt nie chciał prosić drugiego, żeby wyszedł.
Było cicho, tylko kroplówka kapała i gdzieś na korytarzu ktoś toczył wózek z lekami.
Kiedy to się stało, Agnieszka zamknęła oczy i przez długą chwilę nikt nic nie mówił.
Wstałem, podziękowałem pielęgniarce, która przyszła zaraz po mnie, i wyszedłem na korytarz.
Obrączka z bandaża leżała na stoliku nocnym obok szklanki wody.
Marta wzięła ją i podała mi bez słowa, gdy wychodziłem.
Na pogrzebie stałem trochę z boku, bo nie wiedziałem, gdzie moje miejsce.
Byłem lekarzem, który wziął ślub z pacjentką, i nie byłem pewien, czy mam stać z rodziną, czy z dalej, czy w ogóle powinienem tu być.
Zdecydowałem, że stanę z boku, przy drzewie, i że wyjdę po cichu, gdy skończy się ceremonia.
Rodzice Kasi przywitali się ze mną, ale nie rozmawiali długo.
Ojciec podał mi rękę i powiedział: „Dziękujemy, że pan był.” Matka patrzyła gdzieś za moje ramię i kiwnęła głową.
Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc powiedziałem tylko, że mi przykro, i to była jedyna prawda, którą miałem.
Agnieszka podeszła do mnie przy samochodzie, gdy wszyscy już odchodzili.
Miała w rękach pudełko z tektury, zapieczętowane taśmą.
Powiedziała: „Kazała mi oddać ci to dopiero po pogrzebie. Nie wiem, co w środku.”
Wzięłem pudełko i podziękowałem.
Agnieszka stała przez chwilę, jakby chciała jeszcze coś powiedzieć, ale potem odwróciła się i poszła do rodziców.
Wsiadłem do samochodu i przez chwilę tylko trzymałem pudełko na kolanach.
Było lekkie — lżejsze, niż myślałem, że będzie.
Na wieczku było moje imię napisane ręką Kasi — „Dla Piotra”.
Litery były duże i trochę nierówne, bo pisała już wtedy z trudem, ale każda litera była wyraźna, jakby bardzo zależało jej na tym, żeby było czytelne.
Otworzyłem pudełko.
Na wierzchu leżał dokument z pieczęcią notariusza.
Przeczytałem pierwsze zdanie i musiałem je przeczytać jeszcze raz, żeby zrozumieć.
Kasia zapisała mi swój udział w spadku po babci.
Kwota była dokładnie taka, ile zostało mi do spłacenia kredytów studenckich — co do złotego, jakby to sprawdziła.
Siedziałem z tym dokumentem w rękach i nie wiedziałem, co z nim zrobić.
Pod dokumentem leżała złożona kartka w kratkę, wyrwana z zeszytu.
Zanim zdążyłem ją rozłożyć, usłyszałem pukanie w szybę.
Agnieszka stała przy drzwiach samochodu.
Przez chwilę myślałem, że chce się pożegnać albo że zapomniała czegoś powiedzieć.
Otworzyłem szybę.
Zapytała, co jest w środku.
Pokazałem jej dokument notariusza.
Czytała przez może dziesięć sekund.
Widziałem, jak jej oczy przesuwają się po tekście, jak zatrzymują się na kwocie, jak wracają na górę i czytają jeszcze raz.
Potem powiedziała głośno, tak że przechodząca obok para odwróciła głowę: „Wiedziałam. Ożeniłeś się z nią dla pieniędzy.”
Chciałem coś powiedzieć, ale ona nie czekała.
Powiedziała, że złoży skargę do szpitala, że wszyscy się dowiedzą — jedno zdanie za drugim, jakby to czekało w niej od dawna.
Trzasnęła dłonią w blachę drzwi od strony pasażera i odeszła szybkim krokiem, nie odwracając się.
Para przy alejce cmentarnej stała i patrzyła na mnie.
Zamknąłem szybę.
Siedziałem w samochodzie z pudełkiem na kolanach i kartką Kasi w ręku.
Nie przeczytałem jej tamtego dnia.
Schowałem ją z powrotem pod dokument i zamknąłem pudełko.
Położyłem pudełko na siedzeniu pasażera i przez chwilę patrzyłem przed siebie na alejkę, po której już nikt nie chodził.
Potem uruchomiłem silnik i pojechałem do domu.
Następnego ranka zadzwoniłem do notariusza, zanim zaczął się obchód.
Była siódma pięćdziesiąt, kancelaria jeszcze nie była czynna, ale numer był na dokumencie i odebrał po trzecim dzwonku.
Powiedziałem, że odmawiam przyjęcia spadku.
Notariusz zapytał, czy jestem pewien.
Powiedziałem, że tak.
Zapytał, czy chcę, żeby kwota wróciła do masy spadkowej.
Powiedziałem, że tak.
Zapytał jeszcze raz, spokojnie, inaczej sformułowanym pytaniem — czy rozumiem, że rezygnuję z zapisu, który był sporządzony zgodnie z prawem i w pełni przeze mnie należny.
Powiedziałem, że rozumiem.
Rozłączyłem się i poszedłem na oddział.
Ordynatorka czekała na mnie przy dyżurce.
Stała z rękami skrzyżowanymi na piersi i miała taką twarz, jaką miała zawsze, gdy coś jej się nie podobało. Spokojną, ale zwężoną.
Powiedziała, że wpłynęła skarga i że do czasu komisji muszę oddać identyfikator.
Podałem jej go przez blat bez słowa.
Powiedziała, że komisja zbierze się za trzy do czterech tygodni i że dostanę zawiadomienie na piśmie.
Zapytała, czy mam coś do powiedzenia.
Powiedziałem, że nie.
Wyszedłem ze szpitala o dziewiątej rano w środę i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić.
Stanąłem przy samochodzie i przez chwilę myślałem, że pójdę do kawiarni naprzeciwko i zamówię kawę, i posiedzę, i wymyślę, co dalej.
Ale kawiarnia była zamknięta na remont i na drzwiach wisiał karton z napisem „Przepraszamy za utrudnienia”.
Pojechałem do ojca.
Ojciec prowadził sklep z elektroniką na obrzeżach miasta — małe, zakurzone miejsce z żarówkami w oknach i przedłużaczami na hakach, które pamiętało czasy, gdy elektroniką nazywało się to, co można było naprawić.
Wjechałem na parking, wszedłem do środka i powiedziałem, że mam problem.
Ojciec słuchał przez pięć minut, nie przerywając.
Potem nic nie powiedział, tylko wskazał mi ladę i podał fartuch.
Przez trzy tygodnie sprzedawałem żarówki i przedłużacze i czekałem na komisję.
Ojciec nie pytał, jak idzie sprawa.
Raz tylko, przy zamykaniu sklepu, powiedział: „Dobrze, że nie wziąłeś tych pieniędzy.”
Zapytałem, skąd wie.
Powiedział, że zna mnie trzydzieści lat i że wie.
Wieczorami wracałem do kawalerki, jadłem coś szybkiego i siadałem przy stole z wyciągiem bankowym.
Liczby były takie same jak zawsze — kredyt po lewej, pensja po prawej, różnica pośrodku.
Pudełko stało na szafce przy drzwiach i patrzyłem na nie każdego wieczoru, ale nie otwierałem go.
Przed komisją zadzwoniłem do Agnieszki.
Nie odebrała.
Napisałem SMS, że chcę się spotkać i że mam dokumenty potwierdzające, kiedy odmówiłem spadku.
Odpisała po dwóch dniach: „Dobrze. Kawiarnia na rynku, w sobotę o jedenastej.”
Przez te dwa dni myślałem, że może nie przyjdzie albo wyśle prawnika.
Przyszła sama, punktualnie, w szarej kurtce, z torbą na ramieniu.
Usiedliśmy przy stoliku przy oknie.
Kelner zapytał, co podać, i oboje powiedzieliśmy jednocześnie „kawę”, a potem przez chwilę milczeliśmy, bo to było absurdalne w tej sytuacji.
Pokazałem jej potwierdzenie od notariusza z datą odmowy — dzień po pogrzebie, przed jakąkolwiek skargą.
Patrzyła na papier dłużej niż potrzeba.
Widziałem, że czyta uważnie, że sprawdza daty, że coś w jej twarzy się zmienia, ale nie wiedziałem, w którą stronę.
Powiedziałem, że nie proszę jej o wycofanie skargi.

Powiedziałem tylko, żeby powiedziała komisji to, co sama widziała: że wiedziała o ślubie, że przyniosła kwiaty, że nie ma żadnego dowodu, że liczyłem na pieniądze.
Zapytała: „Dlaczego w ogóle się zgodziłeś? Byłeś jej lekarzem.”
Powiedziałem, że ona mnie zapytała i że nie umiałem powiedzieć nie.
Dodałem, że wiem, że to nie jest wystarczające wytłumaczenie i że rozumiem, dlaczego to wygląda źle.
Agnieszka patrzyła przez chwilę przez okno na rynek, gdzie akurat ktoś próbował zaparkować zbyt dużym samochodem w zbyt małym miejscu.
Potem powiedziała cicho: „Ona zawsze robiła to, co chciała. Nawet na końcu.”
Zamówiła kawę i nie powiedziała już nic więcej o komisji.
Rozmawialiśmy przez chwilę o Kasi — o tym, że lubiła komiksy, że zawsze spóźniała się na urodziny, bo zapominała, że kupowała prezenty w ostatniej chwili i zawsze trafiała lepiej niż ktokolwiek inny.
Agnieszka powiedziała, że Kasia miała talent do ludzi — że widziała w nich coś, czego oni sami w sobie nie widzieli.
Złożyła oświadczenie.
Nie wycofała skargi, ale napisała uczciwie: że wiedziała o ceremonii, że uczestniczyła, że nie ma wiedzy o żadnej umowie finansowej między mną a Kasią.
Napisała też, że widziała na własne oczy, jak Kasia wyglądała tamtego dnia — i że wyglądała tak, jak chciała wyglądać.
Ten ostatni fragment nie był wymagany przez komisję, ale Agnieszka go dopisała.
Komisja zebrała się trzy tygodnie później.
Sala była mała, przy oknie stała doniczka z figowcem, który wyglądał, jakby nikt go nie podlewał od miesięcy.
Siedzieliśmy przy długim stole — ja, ordynatorka, przedstawiciel izby lekarskiej i jeszcze dwie osoby, których nie znałem.
Czytali dokumenty przez pół godziny.
Przez te pół godziny patrzyłem na figowiec i myślałem, że ktoś powinien go podlać.
Potem zadawali pytania.
Pytali, dlaczego nie poinformowałem przełożonych przed ceremonią.
Pytali, czy rozumiałem, że naruszam zasady dotyczące relacji z pacjentem.
Na oba pytania odpowiedziałem tak samo: że rozumiałem i że mimo to zdecydowałem się pomóc.
Jeden z członków komisji, starszy mężczyzna w okularach, zapytał, czy gdybym mógł cofnąć czas, zrobiłbym to samo.
Powiedziałem, że nie wiem i że to uczciwa odpowiedź.
Powiedziałem, że wiem, co powinienem był zrobić, i że zrobiłem inaczej.
Mężczyzna w okularach kiwnął głową i zapisał coś w notatniku.
Komisja uznała, że nie było celowego wyłudzenia.
Ale stwierdziła naruszenie zasad zawodowych.
Dostałem naganę na piśmie, skierowanie na obowiązkowe szkolenie z granic terapeutycznych i sześć miesięcy nadzoru ordynatora.
Ordynatorka powiedziała mi po komisji, na korytarzu, że jest zadowolona, że sprawa się zakończyła i że mogę wrócić.
Powiedziała też, że następnym razem mam przyjść do niej najpierw.
Powiedziałem, że rozumiem.
Powiedziała: „Piotr, ja wiem, co tam zaszło. Ale ja muszę wiedzieć o takich rzeczach.”
Kiwnąłem głową i nie powiedziałem nic więcej, bo nie miałem nic do powiedzenia, co byłoby lepsze od milczenia.
Wróciłem do pracy w poniedziałek.
Odebrałem nowy identyfikator przy recepcji.
Plastik był taki sam jak poprzedni, tylko zdjęcie zrobione rok wcześniej — trochę młodszy, trochę głupszy, z miną kogoś, kto jeszcze nie wie, co go czeka.
Recepcjonistka powiedziała: „Witamy z powrotem” i podała mi identyfikator przez szybę, tak jak podaje się każdemu, kto odbiera przepustkę.
Przyłożyłem go do czytnika przy wejściu na oddział.
Przez ułamek sekundy nic się nie działo i pomyślałem, że może system jeszcze nie jest zaktualizowany albo że coś poszło nie tak.
Potem drzwi się otworzyły.
Wszedłem na oddział i poszedłem na obchód.
Marta stała przy wózku z lekami i powiedziała: „O, wrócił pan doktor” — tak zwyczajnie, jakbym był na urlopie.
Powiedziałem, że wróciłem, i wziąłem kartę pierwszego pacjenta.
Kredyty zostały.
W soboty i niedziele dalej stałem za ladą w sklepie ojca i sprzedawałem żarówki.
Ojciec raz powiedział, że mógłby mi podnieść stawkę, ale powiedziałem, że nie trzeba, bo nie chciałem, żeby myślał, że robię mu łaskę.
Klientów w sobotnie poranki nie było wielu — przychodziły głównie starsze panie po żarówki i panowie z listami od żon po „ten kabelek, wie pan, taki do telewizora”.
Lubiłem te soboty bardziej, niż powinienem był przyznać.
Kartka Kasi leżała w pudełku przez dwa tygodnie, zanim ją przeczytałem.
Otworzyłem pudełko pewnego wieczoru, gdy wróciłem z nocnego dyżuru i nie mogłem zasnąć, i wyjąłem kartkę.
Była złożona na cztery, w kratkę, wyrwana z zeszytu — takiego samego, z jakiego wyrywała kartki, żeby pisać listy do pielęgniarek z podziękowaniami za każdy tydzień.
Napisała po prostu: „Wiedziałam, że nie weźmiesz. Ale chciałam, żebyś wiedział, że mogłeś.”
Pod spodem dopisała: „Dziękuję za krawat. Był brzydki, ale pasował.”
Siedziałem przy stole z kartką w ręku przez dłuższą chwilę.
Za oknem było już ciemno i gdzieś na dole ktoś wynosił śmieci i metalowy kosz stuknął o beton.
Złożyłem kartkę z powrotem na cztery i włożyłem ją do pudełka, pod dokument notariusza.
Zamknąłem pudełko i postawiłem je na półce w przedpokoju.
Pudełko stoi teraz na półce w moim gabinecie.
Przeniosłem je tam rok po tym wszystkim, gdy dostałem własny gabinet — mały, z oknem na dziedziniec, z biurkiem, które skrzypi, gdy ktoś oprze się o bok.
Obrączka z bandaża rozwinęła się dawno temu, ale trzymam ją w środku, owiniętą wokół dokumentu notariusza.
Nowi rezydenci czasem pytają, co to za pudełko.
Mówię, że pamiątka po pacjentce.
Jeden z nich zapytał kiedyś, czy to smutna historia.
Powiedziałem, że nie wiem, jak ją inaczej nazwać, i że może to wystarczy za odpowiedź.
Agnieszka napisała do mnie rok po komisji — krótką wiadomość, że rodzice Kasi dobrze się mają i że matka zaczęła chodzić na kurs ceramiki, bo Kasia zawsze mówiła, że powinna.
Napisała też: „Przepraszam za tamten dzień przy samochodzie. Byłam niesprawiedliwa.”
Odpisałem, że rozumiem i że nie ma za co przepraszać, bo ona widziała to, co widziała, i reagowała tak, jak reaguje ktoś, kto stracił siostrę.
Więcej do siebie nie pisaliśmy.
Szkolenie z granic terapeutycznych odbyłem dwa miesiące po powrocie.
Trwało dwa dni, w sali konferencyjnej z klimatyzacją, która działała za mocno, i z prowadzącą, która mówiła spokojnie i bez oceniania.
Powiedziała na początku, że granice istnieją nie po to, żeby chronić lekarza przed pacjentem, ale żeby chronić oboje — i że kiedy granica zostaje przekroczona, nawet z dobrego powodu, ktoś za to płaci.
Słuchałem i myślałem o figowcu w sali komisji, który też nikt nie podlewał.
Sześć miesięcy nadzoru minęło spokojnie.
Ordynatorka zaglądała na obchód raz w tygodniu, robiła notatki, nie komentowała przy pacjentach.
Na koniec powiedziała, że nie ma zastrzeżeń i że sprawa jest zamknięta.
Podpisała dokument, ja podpisałem dokument i tyle.
Marta odeszła z oddziału dwa lata po tamtych wydarzeniach — przeniosła się do hospicjum, bo powiedziała, że tam czuje, że robi to, po co tu jest.
Zanim odeszła, wpadła do mojego gabinetu i powiedziała: „To pudełko pasuje tu bardziej niż gdziekolwiek indziej.”
Powiedziałem, że wiem.
Kredyty spłaciłem w całości cztery lata po tamtym pogrzebie — ostatnią ratę przelałem w środowy wieczór, siedząc przy stole w tej samej kawalerce, z tym samym wyciągiem bankowym, tylko że tym razem po prawej stronie było zero.
Nie świętowałem.
Zrobiłem kawę, usiadłem przy oknie i przez chwilę patrzyłem na ulicę.
Potem poszedłem spać, bo rano był obchód.