Marek Wiśniewski z Radomska miał pięćdziesiąt trzy lata, kiedy żona Halina po raz pierwszy powiedziała mu wprost: „Wyrzuć to z sypialni albo śpię w drugim pokoju». On tylko wzruszył ramionami. Przez ponad dwadzieścia lat spał z telefonem tuż przy głowie — na szafce nocnej, ekranem do góry, z włączonym dźwiękiem. Tłumaczył, że musi być dostępny. Że praca, że dzieci dorosłe ale co jak zadzwonią, że tak już ma. Halina wiedziała swoje, ale w końcu odpuściła.
Przez te lata Marek skarżył się na bóle głowy, które przychodziły jak nieproszony gość — głównie rano, zaraz po przebudzeniu. Miał też okresy, kiedy wstawał bardziej zmęczony niż kładł się spać. Lekarze sprawdzali ciśnienie, robili morfologię, jeden zasugerował, żeby mniej się stresował. Nikt nie zapytał o telefon.

Dwadzieścia lat i jedna rozmowa, która wszystko zmieniła
Wszystko zaczęło się od zwykłej wizyty u znajomego lekarza rodzinnego, doktora Przemysława Kaczmarka, który przyjmował w Radomsku już od trzydziestu lat i znał połowę miasta. Marek przyszedł po receptę na leki na cholesterol. Przy okazji, już zbierając się do wyjścia, wspomniał o tych porannych bólach głowy. Doktor Kaczmarski — jak zawsze — zaczął pytać o szczegóły. I w końcu padło to pytanie: „A co pan trzyma przy łóżku w nocy?»
Marek odpowiedział bez zastanowienia. Telefon. Zawsze telefon. Doktor odłożył długopis i przez chwilę po prostu patrzył na niego ponad okularami. „Jak blisko?» — zapytał. „No, przy głowie. Żebym słyszał, jak zadzwoni» — odparł Marek. Kaczmarski westchnął i zaczął mówić.
Nie o promieniowaniu, nie o straszeniu — bo doktor Kaczmarski nie był człowiekiem od straszenia. Mówił spokojnie, konkretnie, jak do sąsiada przy płocie. Wyjaśnił, że problem nie leży tylko w sygnale czy promieniowaniu elektromagnetycznym, choć i to ma znaczenie. Prawdziwy kłopot jest prostszy i bardziej ludzki: mózg, który przez całą noc jest w gotowości na dźwięk, powiadomienie, wibrację — nigdy tak naprawdę nie zasypia głęboko. Nawet jeśli człowiek nie pamięta, że się budził, ciało wie. Fazy snu głębokiego są krótsze, przerywane, płytsze. I właśnie wtedy organizm nie regeneruje się tak, jak powinien.
To, czego Halina nie mogła mu powiedzieć przez dwadzieścia lat
Marek wrócił do domu i usiadł przy stole kuchennym. Halina parzyła herbatę. Powiedział jej o rozmowie z doktorem Kaczmarskim. Ona odstawiła czajnik, odwróciła się i powiedziała tylko: „Marek. Ja ci to mówiłam od dwudziestu lat.» Nie było w tym złości — tylko ten rodzaj zmęczonej ulgi, którą zna każda żona, której mąż w końcu usłyszał kogoś innego zamiast jej.
Tej samej nocy telefon wylądował w kuchni. Na ładowarce, przy ekspresie do kawy. Marek przyznaje, że pierwsze trzy noce były dziwne — budził się i odruchowo sięgał po szafkę nocną, a tam była tylko szklanka wody i stara książka Haliny. Czuł się trochę jak palacz, który rzucił papierosy: niby wie, że dobrze robi, ale ręce szukają tego, czego nie ma.
Po tygodniu zauważył pierwszą różnicę. Wstawał i przez chwilę — zanim jeszcze zaparzona kawa zdążyła ostygnąć — nie bolała go głowa. Pomyślał, że przypadek. Po dwóch tygodniach przestał tłumaczyć to przypadkiem. Po miesiącu Halina powiedziała, że w nocy przestał się tak wiercić. On sam przyznaje, że śni teraz więcej — i że pamięta sny. Wcześniej prawie nigdy.

Doktor Kaczmarski, kiedy Marek wpadł do niego po dwóch miesiącach z wynikami kolejnych badań, zapytał o telefon. „W kuchni» — powiedział Marek. Lekarz kiwnął głową i dopisał coś do kartoteki. Nie powiedział „a nie mówiłem» — bo tacy lekarze nie mówią takich rzeczy. Ale Marek widział, że jest zadowolony.
Historia Marka rozeszła się po Radomsku tak, jak rozchodzą się wszystkie prawdziwe historie — od ust do ust, przy kawie, przy płocie. Jego szwagier Bogdan zaczął ładować telefon w przedpokoju. Sąsiadka pani Irena przestała kłaść go pod poduszką. Kilka osób z osiedla podobno zaczęło lepiej spać — i nikt nie kupił żadnego cudownego urządzenia ani suplementu. Wystarczyło przesunąć telefon o kilka metrów dalej od głowy.
Marek ma teraz pięćdziesiąt cztery lata. Na szafce nocnej stoi szklanka wody i stara budzik z zepsutym dzwonkiem, który i tak już nie dzwoni. Halina mówi, że mąż jest teraz „milszy od rana». On sam tłumaczy to prosto: „Człowiek jak się wyśpi, to i człowiekiem jest.»